Jacek Mróz (świetny, jak zawsze M.
Dorociński)– były piłkarz reprezentacji Polski wskutek kontuzji nogi i
alkoholizmu związanego z degradacją w branży, wyrzucony z domu przez żonę Ewę
(naprawdę ciekawie prezentujaca się Maria Seweryn), chcącą w ten sposób
nakłonić męża do terapii, ląduje, wiedziony róznymi zbiegami okoliczności, na
warszawskim Dworcu Centralnym. Włócząc się po peronach i przejściach
podziemnych trafia na podobnych sobie, grupę mężczyzn usiłujących zabić czas
kopaniem czegoś, co ma wygląd piłki. Przewodzi im niejaki Indor, były marynarz
żeglujący na statkach towarowych czyli Eryk Lubos, aktor budujący spokojnie i
konsekwentnie swą karierę od czasu występu w sztuce P. Wojcieszki „Made in
Poland” (gdzie brawurowo zagrał rolę naiwnego buntownika Bogusia). Jacek
początkowo nie przyznaje się przed swymi nowymi znajomymi do swego piłkarskiego
życiorysu. Przystaje natomiast na
propozycję przespania się w noclegowni. Oczywiście, jest jeden warunek – trzeźwość.
Tam poznaje resztę swej przyszłej drużyny, której niebawem zostanie trenerem i
doprowadzi na międzynarodowy turniej
piłki nożnej odbywający się w Niemczech. Nie będzie to łatwa praca. Każdy z mężczyzn to jakaś indywidualność,
mający swoje przyzwyczajenia, nawyki, fobie, niełatwo poddający się rozkazom, w
końcu to często brak pokory przywiodł ich w miejsce, w którym mamy przyjemność
ich poznać. A wachlarz zawodów,
środowisk, z jakich się panowie wywodzą, jest dość różnorodny: ksiądz alkoholik (tu przewrotnie
zaangażowano Jacka Poniedziałka), jest Minister, jest Wariat, Mitro (Ukrainiec
z pochodzenia), Górnik, a wraz z nimi cała parada naprawdę dobrych aktorów
polskich – oprócz wspomnianych wyżej Poniedziałka, Lubosa, Dorocińskiego mamy
B. Topę (porucznika Mroza z „Domu Złego”), jest M. Kalita, K.Kiersznowski i Maciej Nowak –bardziej znany jako smakosz i tester polskich
restauracji niż aktor, radzący sobie całkiem dobrze przed kamerą.
Fabuła filmu nie jest specjalnie skomplikowana. Jej atrakcyjnośc zasadza się głównie na bogactwie i barwności typów ludzkich, jakie przewijają się przez ekran, czyli boisko, bardzo dobrze zagtranych, bez cienia fałszi czy sztuczności. A także na rozmaitych scenkach rodzajowych związanych z życiem codziennym, i niecodziennym – treningi, wyjazd za granicę, ludzi wyrzuconych na margines.. Oczywiście postaci są tak skonstruowane, że mimo swych dziwactw, niepochlebnych życiorysów, potknięć, a nawet pewnej degrengolady w niektórych przypadkach, budzą naszą niekłamaną sympatię. Kibicujemy tym dużym chłopakom ćwiczącym na boisku, ale takż w ich walce z alkoholizmem, w której zdani są tylko na własne siły, nie stać ich przeciez na terapię. Różne są skutki tych zmagań, ale ważne, że w ogóle im się chce, ważne, że od czasu do czasu dają radę, czego widocznym i całkiem miłym, zaskakującym ich samych także, efektem, jest wyjazd na międzynarodowy turniej bezdomnych.
Bardzo sympatyczny film, z jasnym i pozytywnym przesłaniem - każdy z nas nie zna dnia ani godziny, dziś mamy i jesteśmy, jutro możemy nie mieć, ale nadal możemy być. Czasem koniec, wyznacza początek nowego.
Dobre aktorstwo, dobra muzyka (Antoni Łazarkiewicz), zupełnie przyzwoite, często dowcipne dialogi – to trzeba podkreślić - „Boisko bezdomnych” posiada sporą dawkę dobrego humoru. Uważam, że jak na drugi film początkującej reżyserki Kasi Adamik, córki świetnej reżyserskiej pary, A. Holland i L. Adamika – wyszło bardzo dobrze. Niektórzy malkontenci mogą się krzywić, że znowu bida z nędzą na ekranie, Marud, a szczególnie wśród polskich widzów polskich filmów nie brakuje. Mnie ten film dał dużo radości i pozytywnej energii i za to twórcom (wszystkim) bardzo dziękuję.
Kolejny film F. Ozona, świetny, w jego klimacie, opowiadający jak zwykle o
relacjach rodzinnych, o nieuniknionej stracie, która wpisana jest w ludzki los.
Już w pierwszej scenie filmu dowiadujemy się, że nasz bohater, przystojny, 34-letni
gej, bardzo obiecujący fotografik ( moda ), o imieniu Romain (bardzo dobry Melvil Poupaud) skazany
jest na rychłą śmierć. Ma bardzo złośliwego, mocno zaawansowanego raka. Szanse na wyleczenie są poniżej 5%. Decyzję co
do leczenia lekarze zostawiają swojemu pacjentowi. Romain rezygnuje, zamiast
leżeć w szpitalu, tracić włosy, wagę, woli jeszcze trochę pożyć i uregulować
pewne sprawy ze swymi bliskimi, nie wtajemniczając ich absolutnie w swój
problem. Wyjątek czyni tylko dla babci, z którą jest najbardziej zaprzyjaźniony.
To właśnie jej powie o śmierci, której spodziewa sie lada moment, bo tylko
babcia, mimo, że w bardzo dobrej formie, ale jednak stojąca nad grobem
(ma już grubo powyżej 80-ki, a ludzie przecież nie żyją 100lat), może wiedzieć,
tak naprawdę, co on czuje.
Tak więc, Romain zaczyna ostatnią podróż przez swoje życie. Odwiedz
rodzinny dom, spotyka sie z rodzicami i siostrą, z którymi ostatnio nie miał
najlepszych relacji. Jest „innej” orientacji, a to jak wiadomo, nie sprzyja
rozkwitowi uczuć rodzinnych. Choć stosunki w rodzinie, trzeba to przyznać, osiągnęły
już stopień poprawności, rodzice wyglądają na pogodzonych z niezręczną
sytuacją, to jednak ciągle jeszcze skrzy na linii siostra i brat, między rodzeństwem dochodzi do scysji.Nieprzyjemna rozmowa ma także miejsce miedzy Romain’em a jego partnerem
Sashą. Romain – podejmuje decyzję zerwania z kochankiem. Z takim zamiarem nosił
się juz od dawna, wizja śmierci tylko decyzję przyspieszyła. Ogólnie atmosfera
robi się przykra, smutna.
Ktoś może się oburzać, nazwać Romaina egoistą,
postanawia umierać w samotności. Egoizm? A być może odwaga? Cały bagaż strachu i niepewności dźwigać
samemu. Nie obciążać bliskich swoją traumą. Śmierć i tak przyjdzie, dlaczego nie
stawić jej czoła nie rozpaczając, dlaczego by nie wykorzystać czasu, który
pozostał, na rozliczenie się z życiem (później Romain szuka jeszcze raz zbliżenia
z siostrą i Sashą), albo nawet na danie komuś nowego życia? Ale, być może,
faktycznie, bliscy będą mieli żal, że nie
uprzedził o swoim odejściu - być może oni też by mu chcieli coś powiedzieć na odchodnym, za coś przeprosić, przytulić ostatni raz. Bardzo ciekawy
problem, czy jest jakiś jeden cudowny hipotetyczny przepis, jak go rozwiązać?
Wielu z nas przekona się kiedyś na własnej skórze, jakie wyjście jest
najlepsze. Bo jedno jest pewne – strata, odejścia, są wpisane w los człowieka, można
się buntować, można to przyjąć na klatę. Jest w filmie piękna opowieść babci
Romaina, o tym jak ona poradziła sobie ze swoją stratą (śmierć męża), dała
radę, przeżyła, ale okaleczyła przy okazji całą rodzinę, głównie swego syna, czyli ojca Romaina. Każdy wybiera swoją drogę,
którą będzie podążał na spotkanie ze śmiercią.
Film warto także zobaczyć dla pewnej sceny - jak pięknie można rozwiązać
problem niepłodności męża w małżeństwie, które pragnie mieć dziecko - scena
trójkąta w hotelu, czegoś takiego jeszcze nie było. Wielkie brawa dla twórców.
Tę krótką filmową opowieść dedykuję innemu, trzydziestoparoletniemu fotografikowi, Irkowi-Erykowi, bardzo utalentowanemu, który podobnie jak Romain, musiał niespodziewanie opuścić, w pełni życia i sił twórczych, swoją żonę i córeczką.
Film prowokacja, swoisty performance. Renzo
Martens, z urody wypisz wymaluj Klaus Kinski, holenderski dziennikarz udaje sie
z kamerą do Konga i próbuje z potwornej biedy jaka panuje w tym kraju, „uczynić”
dobro narodowe. A dlaczegóż by nie? - wydaje się pytać, skoro przychody z darów
pieniężnych, płynących z całego świata na „biedne dzieci”, przewyższają
znacznie dochód z rocznego eksportu złóż mineralnych. Czy warto więc rządzącym
starać się o poprawę bytu, a co za tym idzie i świadomości, narodu, będącego
pod ich „pieczą”, który mogą niewolniczo wyzyskiwać na plantacjach i kopalniach
bogaczy, mających takie czy inne powiązania z ludźmi trzymającymi władzę?
Widzowie, którzy w porę nie przejrzą przewrotności
Martensa, mogą odnieść wrażenie niemoralności dziennikarza. Jego happening czyli neon z napisem Enjoy poverty zainstalowany w
zabitej dechami wiosce, napędzany rowerowym dynamem, i osobliwy wykład w jego blasku dla tubylców, budzi początkowo niesmak. Jak to? Jak można cieszyć się biedą? Z
biedą – tak zawsze nas uczono, należy walczyć. A Jolanta Kwaśniewska, kiedy
jeszcze nie była panią prezydentową rzekła w jakimś wywiadzie nieopatrznie, że
biedy należy się nawet wstydzić (teraz zapewne ugryzłaby się wcześniej w język).
A tu nagle peany na cześć biedy. No tak,
wydaje się mówić Martens – skoro przynosi ona takie dochody państwu tylko
dlatego, że jest, to dlaczego się z niej nie cieszyć? A na uboczu dodaje, że 70%
kwoty pochodzącej z darów, wraca do darczyńców (niestety już nie objaśnia w
jaki sposób to sie dzieje), bo dobro darczyńcy liczy sie najbardziej. Nie od
dziś przecież wiadomo, że datki pieniężne, czy jakieś żywieniowe zrzuty, są
pomocą doraźną i na dłuższą metę wiele nie zdziałają w krajach afrykańskich. Są
one z miejsca rozdrapane, przez ludzi którzy mają do nich bezpośredni dostęp.
Skuteczna pomoc to budowanie szkół, czyli wykształcenie, a co za tym idzie
zmiana świadomości i umożlwienie dostępu rdzennym mieszkańcom do administracji,
do zarządzania firmami, uczynienie ich właścicielami majątku kraju, w którym
mieszkają. I teraz pytanie „czy to jest możliwe?, czy biały człowiek
kiedykolwiek zrezygnuje dobrowolnie ze swej władzy i afrykańskiego dobrobytu?
Czy tylko wykurzenie siłą białych sprawi, by czarny nie był niewolnikiem na swej
ziemi?
Jest taka jedna świetna sekwencja, która może powalić
wątpiących, iż film Martensa jest rodzajem happeningu, mającym ukazać
hipokryzję białych ludzi. Otóż Martens odkrywa w jakimś kongijskim mieście małą
usługową firemkę – dwójka chłopaków robi i sprzedaje ludziom zdjęcia z imprez
okolicznościowych – są to imprezy radosne, jakieś rodzinne święta itp. Martens uświadamia
tym młodym, że o wiele lepiej mogą zarobić robiąc i sprzedając mediom zdjęcia
umierających biednych dzieci. Zabiera ich więc do jakiegoś szpitala
(wyglądającego bardziej na przytułek), tam inscenizuje scenki żywcem takie, nad
jakimi płacze cały nażarty i litościwy Zachód, a więc – płaczące z głodu
dzieci, wielkie brzuszki, chudziutkie
kończyny, zaropiałe oczy, muchy łażące po wychudzonych maleńkich twarzach,
które wyglądają bardziej na twarze starców, umęczone błagalne spojrzenia, albo
zupełnie już zobojętniałe. Ok, zdjęcia wychodzą super! Po czym z Martensem
przeprowadza ostrą rozmowę jeden z lekarzy bez granic, obwieszczając, że
robienie takich zdjęć przez Kongijczyków jest niemoralne i zabrania dalszego
fotografowania. A czym jest w takim razie robienie takich zdjęć i zarabianie na
nich przez białych dziennikarzy z Nowego Jorku czy Paryża? A to co innego -
odpowiada pan doktor – biały fotograf, przyjeżdża tu po informację. Czyli
zdjęcie wykonanego przez czarnego nie niesie żadnych informacji, nie może być
źródłem zarobku, mimo, że wygląda tak samo, jak zdjęcie białego, który zarobi
na nich krocie i na dodatek może zyskać międzynarodowa sławę.
Marten „załatwia” także w swym filmie kwestię dokarmiania
biednych Afrykanów przez przybyłych dziennikarzy – owszem, na zakończenie swej
wędrówki częstuje zaprzyjaźnioną wygłodzoną rodzinę garnkiem warzyw z rybą i
drugim garnkiem z mięsem. Rodzina wcina aż jej się uszy trzęsą, a wokół pełno
gapiów, którzy przełykają śline. Niestety, choćby nie wiadomo jakie miękkie
serce miał fotograf, może on nakarmić jednorazowo jedynie swych modeli, reszta
Afryki i tak pozostanie głodna.
W tym okrutnym, brudnym filmie pojawia się jedno piękne,
wręcz poetyckie, zdjęcie - jest wieczór, rzeka Kongo, a po niej płynie łódź z
neonowym napisem „Enjoy Poverty” – klimat niczym z „Jądra ciemności” – nigdy
nie będzie porozumienia między białym władcą i czarnym poddanym, a w tle
piosenka J. Brela o wierze w miłość między ludźmi która przenosi przysłowiowe
góry.
Moim zdaniem bardzo ciekawy film, a jego twórca to odważny
prowokator. Ryzykując niezrozumienie, potępienie widza za próżność i narcyzm,
czemu zresztą nie zaprzecza, przyznając się do tej jednej z podstawowych
ludzkich cech, prowokuje do przemyśleń i oceny dobroczynności białych –
najłatwiej jest bowiem biednemu rzucić pieniądze, pojechać i poeksperymentować
na nim medycznie, i czerpać z tego samosatysfakcję, trudniej jest, albo jest to
wręcz niebezpieczne dla białego, podzielić się z czarnym swoim mieszkaniem,
stanowiskiem, własnością, wpływając tym samym na jego wyższą świadomość, którą
wcześniej nadszarpnął przez lata kolonializmu.
Polecam ten film i radzę wytrzymać do końca. I nie uważać
Martensa za idiotę!
Biała wstążka jako symbol utraconej cnoty. Zawiązywana na ramieniu niesfornego dziecka w protestanckich kręgach niemieckiej spolecznosci, żyjącej na początku XX wieku. Swoiste piętno, nałożone na syna lub córkę przez własnych rodziców, mających przywilej bycia dorosłymi, których morale, w odróżnieniu od dzieci, nie jest nigdy wystawiane na widok publiczny. Ale jednocześnie, to tak wydawałoby się szlachetne dążenie, do osiągania niewinności, wkraczania na drogę na cnoty, nijak się ma, gdy dziecku błąd zostanie wytknięty przez obcego – wszak wszelkie brudy powinny być prane tylko przez domowników i we własnym domu. Tutaj, w tej niedużej niemieckiej wiosce, tuż przed wybuchem I wojny światowej, każdy dom jest zły. Każde domostwo, niczym twierdza, obce, szare i ponure, ma swoje niechlubne tajemnice, jest wylęgarnią kompleksów, fobii, lęków. Jest fabryką dzieci, skazanych na zatracenie swych indywidualnych cech, na emocjonalną śmierć. Surowe religijne wychowanie, wpajające maluczkim już od zarania ich istnienia, że są nikim, nie mającym prawa głosu, wiecznie obserwowanym i ocenianym bytem ludzkim, stworzonym na chwalę Pana, bytem, którego obrzydliwa cielesność jest jedną z wielkich przeszkód na drodze do zbawienia. Jednocześnie ci sami rodzice, zimne (choć zapewniające o swej miłości do dzieci) maszyny do egzekwowania posłuszeństwa, wobec siebie i praw kościelnych, grzeszą ile wlezie, i to na oczach dzieci.
Michael Haneke, jeden z najwybitniejszych współczesnych
reżyserów filmowych, ukazuje nam ową społeczność oczami wiejskiego nauczyciela. Prawie tak
samo niewinnego, jak dzieci, które uczy. Ten młody mężczyzna podejmuje tu swoją
pierwszą pracę, tutaj odnajduje swoją pierwszą miłość, tutaj przekonuje się,
jak ludzie są zakłamani, a dzieci, jeśli nie dać im miłości,
wyrastają na prawdziwe bestie.
Tak naprawdę, dzieci to narzędzia do zaspokajania potrzeb, pragnień i marzeń rodziców. Okrucieństwo rodzi okrucieństwo. Reżyser, po raz kolejny, próbuje przeprowadzić analizę narodzin zła. I tak, jak w innym filmie, tym razem szwedzkiego rezysera Mikael Håfströma, pt. „ Zło” oraz w niektórych wcześniejszych filmach Haneke’go, znowu wychodzi na to, że najlepsza jego wylęgarnią jest dom rodzinny. Później dopiero, środowiska innych społeczności (szkoła, internat, praca), związki erotyczne), w których przychodzi obracać się już dojrzałemu dziecku – tam, zło zasiane wcześniej pod dachem rodzinnego domu, znajduje glebę, gdzie może się bujnie rozwijać i zakwitać. I tak to jakoś często wychodzi, że, o zgrozo, czym więcej fanatycznej religii i miłości do Boga na ustach, tym mniej miłości do siebie nawzajem. Miłość do rodziców zastępuje wymuszony szpicrutą szacunek, co w praktyce bardziej przekłada się na strach, niż na poważanie. Mlody człowiek wychowany od małego w permanentnym poczuciu winy i grzechu narażajacym go na gniew jego Boga, musi jakoś odreagować, musi wobec kogoś poczuć się lepszym i wyższym, bilans musi wyjść po prostu na zero. I tak koło przemocy nakręca się bezustannie i trwa.
Niecodzienny i specyficzny jest sposób realizacji „Białej wstążki”. Film jest czarno-biały – dwa kolory, określeniem których posługują się fundamentalni moraliści w bezwzględnym ocenianiu wszelkich przejawów dziełalności ludzkiej. Poza tym, wszystkie twarze dzieci są do siebie podobne, czasem trudno je od siebie odróżnić – nieruchome, bez uśmiechu, ascetyczne (prawda, jakie to dziwne, gdy w ten sposób wyrażamy się o dziecięcych obliczach?). Jedynym wesołkiem na wsi jest niedorozwinięty Karlik, nieślubny syn miejscowej akuszerki, no i jeszcze i syn barona, wielkiego właściciela ziemskiego, chlebodawcy tutejszych chłopów. Obaj chłopcy zapłacą za to słono. Na szczęście, syn barona, ma mądrą matkę, która postanawia uciec z piekła, gdzie wszyscy po dniu wypełnionym pracą i wspólną modlitwą, zapracowując sobie mozolnie na zbawienie wieczne, nocą rzucają się na siebie jak wilki. Doktor - wdowiec molestuje córkę, w rodzinie dworskiego zarządcy dzieci doprowadzają do ciężkiej choroby swego dopiero co narodzonego braciszka, pastor – przywiązuje na noc swego dorastającego syna do łóżka, by ten nie zabawiał się brzydko pod kołdrą. Po nocach krzywd przychodzi dzień i czas na odwet – zemstę, na kimkolwiek, najlepiej na słabszym, dobrze też, jeśli obiekt odreagowania wydaje się być szczęśliwy, satysfakcja z jego upodlenia jest jeszcze większa.
W filmie jesteśmy świadkami tajemniczych tragicznych wydarzeń (na przykład scena otwierająca film to poważny upadek wiejskiego doktor z konia, bo ktoś na jego drodze przewiązał prawie niewidoczną stalową linkę), których sprawcy nigdy nie zostaną ujawnieni. Bo, łatwiej jest ojcu zawiązać białą wstążkę na ramieniu syna onanisty, trudniej przyznać się do permanentnych błędów wychowawczych, popełnianych w imię dobra dziecka i jego zbawienia, a prowadzących w konsekwencji do wynaturzeń i na drogę zbrodni. Wszystkie brudy zamiata się pod dywan, a nauczyciela- narratora filmu, chcącego wyjaśnić zbrodnie, zastrasza się, grożąc mu co najmniej wyeksmitowaniem z miejsca pracy i obdarowaniem na drogę wilczym biletem (wszak pastor to osoba wszechwładna, zastępca Boga).
I nie ma się co zastanawiać kto dokładnie kogo skrzywdził, to nie ważne, potencjalnie każdy z młodych bohaterów jest podejrzany, każdy ma powody do zemsty, tu nie ma mowy o miłości i przebaczeniu, jest tylko chęć zrekompensowania doznanego poniżenia. Tak wychowane dzieci, to potencjał społeczeństwa nienawiści, spragnionego odwetu, skorego do bitki, takim się nałatwiej manipuluje.
„Biała wstążka”, podobnie jak inne filmy Haneke'go, nie epatuje krwią, przemocą itp. Reżyser bardziej skupia się na skutkach przemocy niż na jej wizerunku. Scena wymierzania kary rózgą ogranicza się jedynie do obrazu białych drzwi wiejskiego domu i odgłosów razów oraz cichego płaczu dziecka, i nie trwa długo. Dłużej trwa oczekiwanie na nią, kiedy kamera powoli najeżdża na drzwi i tak trwamy w strachu, niczym dzieci pastora przygotowane wcześniej do egzekucji. A niektórzy widzowie, być może, odmalowują w pamieci obrazy ze swego dzieciństwa.
Tak, film jest nadzwyczaj stonowany, wyciszony, nie ma żadnej muzycznej ścieżki dźwiękowej, dochodzą do nas tylko odgłosy codziennego życia, krzątaniny w zagrodach, domostwach. Chciałoby sie powiedzieć, film skrojony na modłę surowego stylu życia, jakie wtedy wiedziono. Dzieci są bardzo ułożone, grzeczne, całują matkę i ojca w rękę, żadnych widocznych objawów buntu. Jeśli się pojawia, to wobec pana barona, kiedy to syn jednego z chłopów niszczy pole kapusty w zemście za śmierć matki. Nie jest to jednak bunt dziecka wobec rodzica. Chociaż, jest jedna scena, ktora sygnalizuje rodzaj takiego buntu, ale też jest raczej zemsta na niewinnym stworzeniu, ukochanym ptaku ojca moralisty. Żadne dziecko nie przeciwstawić się rodzicom wprost, jedynym rodzajem buntu, który nie byłby wymierzony w niewinne stworzenie, jest śmierć samobójcza, czyli wymierzenie sprawiedliwości osobie obwinianej przez rodziców, czyli samemu sobie.
Film bardzo gorzki, tajemnice ludzkich postępków do konca pozostaną ukryte, ale tak naprawdę widz dokładnie zdaje sobie sprawę z istnienia ich źródła, i czuje, że źródło to jest jest ciągle żywe i niewyczerpane.
Jeśli do tej pory nie wiedziałeś,
kto kryje się pod nazwiskiem Timothy Treadwell, to dzięki Wernerowi Herzogowi poznasz
człowieka, który postanowił żyć i umrzeć inaczej. Polska Wikipedia lakonicznie informuje, iż TT: „ urodzil się w Nowym Jorku
29 kwietnia 1957 roku a zmarł 5 października 2003. 46 lat życia. W tym kilka
miesięcy z ostatnich 13 lat nasz bohater spędził w surowym klimacie Parku Narodowego Katmazi na Alasce. Stał się sławny w całych Stanach
Zjednoczonych, chętnie dzielił się swoimi odkryciami, udzielał wywiadów, robił
też wykłady w wielu szkołach. Pod koniec trzynastego sezonu, w nocy z piątego na
szóstego października, niedźwiedź grizzly podszedł do obozowiska Treadwella. On
i jego dziewczyna, Amie Huguenard, zostali przez
niego zabici i częściowo pożarci. Podczas ataku włączona była kamera
Timothy'ego, która zarejestrowała dźwięki.Wraz z Jewel Palovak napisał książkę Among
Grizzlies: Living with Wild Bears in Alaska. Razem z nią i Jonathanem Byrnem założył
organizację Grizzly People.W 2005 roku Werner
Herzog, wykorzystując obszerne fragmenty nagrań Timothy'ego, nakręcił film Grizzly
Man.” Ot, i wszystko.
13 jesiennych sezonów w niedźwiedzim labiryncie zakończonych tragiczną
śmiercią. Na szczęście, powstał wspomniany film Herzoga, wielkiego entuzjasty
ludzi z pasją, kochających dziką przyrodę, który przybliża tę tragiczną, bądź
co postać, pozwala go zroumieć, ale czy polubić, docenić, zafascynowac się (?). Wątpię, wypowiedzi i
zachowanie bohatera przed kamerą obnażają jego infantylizm, brak autentyzmu, niedojrzałość
emocjonalną, skazanie się na życie w ułudzie, w przeświadczeniu, że świat
drapieżników można obłaskawić i dostosować do swoich marzeń. Nie potrafił dostosować się do świata drapieżników w Nowym Jorku, spróbował w leśnej tajdze? Również poniósł klęskę?
Timothy Treadwell postanowił na pewnym etapie życia zainteresować sie niedźwiedziami grizzly, uczynić
z tego swoją pasję, poświęcić się jej... bezgranicznie? Może, chyba, ale raczej
wątpię. Bardziej, wydaje mi się, postanowił uczynić z tego sposób na życie,
by wypełnić pustkę, w jakiej być może spostrzegł, że się znalazł, by uciec do
bezludnej krainy i na nowo budować tam swoje marzenia i zamki z piasków. Nie dowiadujemy się bowiem, skąd się nagle
wzięła jego miłość do niedźwiedzi, facet nie potrafi o nich nic interesującego powiedzieć, jedyne co
potrafi, to płakać nad ich losem, wzruszać się ich odchodami, wołać je po
imieniu i biegać w zachwycie i sprawnie po ścieżkach (może stąd to przybrane
nazwisko, bo prawdziwe brzmi inaczej), wydeptanych przez zwierzęta.
Na szczęście, Tim potrafił
także filmować. I tej oto czynności, mam wrażenie, oddał się bezgranicznie. Co
zaowocowało blisko 100 godzinami filmu z życia niedźwiedzi na tle pięknej
dzikiej przyrody. Nie są to jednak zdjęcia jakoś dogłębnie analizujace zwyczaje
tych zwierząt, które wymagałyby jakichś specjalnych przedsięwzięć czy poświeceń
ze strony operatora. Ot, filmy odważnego człowieka, zauroczonego ogromem,
surowością przyrody. Trzeba przyznać, odwagi mu nie brakowało, a może to była
jakaś rozpaczliwa desperacja? Ale i pokorą również się nie wykazał.
Dokument
Herzoga ma także tę zaletę, iż ukazując tak dziwaczną postać, jak Timothy
Treadewell, stara się być w miarę obiektywny.
Nie ocenia tego człowieka, choć przytacza różne, czesto skrajne opinie
przyjaciół, współpracowników i bliskich z rodziny oraz przyjaciół. Co ciekawe,
mężczyźni na ogól wypowiadają się na jego temt sceptycznie i dość krytycznie,
kobiety są zachwycone. Film opatrzony
jest także komentarzem reżysera, pełniącego jednocześnie rolę narratora, łączacego
fragmenty filmów Treadwella, składających się w wiekszej części na filmową
opowieść Herzoga. Reżyser co rusz podkreśla
zasługi Treadewella w zakresie sfilmowania pięknej dzikiej przyrody.
Niestety, bardzo często, za często, na pierwszym planie tych filmów pojawia się
jęczący albo płaczący nad losem niedźwiedzi /lub lisów/Timothy, z obwiązaną malowniczo
głową kolorową bandaną., twarzowymi ciemnymi okularami na nosie i zastanawiący
się od czasu do czasu, jaki kolor okrycia lepiej wyjdzie na zdjęciu. Ale w
momencie przybycia na zamieszkane przez niego tereny ludzi fotografujących
jakiś obiekt (on ich nazywa kłusownikami), ktorzy obrzucają zbliżającego sie do
nich niedźwiedzia kamieniami, ich dzielny obrońca w ogóle nie reaguje, tylko
bierze nogi za pas.
Przerażający brak pokory i świadomości swego miejsca, granic, ktorych w przyrodzie nie można przekraczać. Są obszary, gdzie rządzą zwierzęta, oczywiście za zgodą czlowieka, ale jednak. I tu należy się szacunek dla Timothy’ego, że nie korzystał z przywileju bycia cywilizowanym człowiekiem, nie miał broni. A popularonośc jaką zdobył, dzięki rozlicznym programom, wywiadom w telewizji, służyła mu bardziej dla satysfakcji, zaspokojenia jakichś psychicznych potrzeb, niż do budowania dobrobytu.
Mimo wszystko, trudno mi było wykrzesać, dla tego bądź co bądź miło wyglądającego lecz naiwnego, mężczyzny choćby iskierkę podziwu, fascynacji. Wbudzał raczej zdziwienie, zniecierpliwinie, litość. Nie chcę go oceniać na podstawie tego filmu. Mogę jedynie zrozumieć, że z jakichś powodów, postanowił porzucać na parę miesięcy w roku cywilizację, by później do niej wrócić i robić za gwiazdę w mediach czy gdzieś tam. Jak sam mówił, nie potrafił utrzymać przy sobie dziewczyny, żałował, że nie jest gejem (bo oni, jak twierdził nie mają potrzeby miłości, co komplikuje życie), opuścił dom rodzinny, wyrzekł się swego nazwiska, pochodzenia. Może miał jakieś zaburzenia emocjonalne, osobowości, czort wie jeszcze czego, czuł się niedoceniony, odrzucony, ale dlaczego akurat musiał szukać przyjaciół wśród jednych z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na ziemi? Niechby sobie nawet i szukał, jeśli to mu dawało szczęście, czy potrzebną do funkcjonowania ekscytację, ale po co zwał się obrońcą tych zwierząt, jeśli one tak naprawdę nie były na tych bezludnych terenach aż tak zagrożone? Z filmu wynika, że nie był ani obrońcą ani badaczem, może co najwyżej entuzjastą, nie był nawet samotnikiem, raczej zagubionym samotnym człowiekiem, poszukującym rozpaczliwie pasji, nadającej sens życiu. Tragiczna postać.
Do sklepu spożywczego wpada
zdenerwowana dziewczynka, no, żeby nie było wątpliwości – nastolatka, o imieniu
Juno, prosząc sprzedawcę o test ciążowy. "To już dziś trzeci!" – woła zaniepokojony
mężczyzna. „Muszę mieć 100% pewność” – odpowiada małolata, po czym, przy aplauzie zgromadzonych klientów, udaje się do toalety. Po kilku minutach wychodzi
zdruzgotana i obwieszcza wszem i wobec – „jestem w ciąży”. I tu
się zaczyna. Dramat? Skądże. Po prostu – problem, ktory trzeba rozwiązać. Na
szczęście Juno, której paradoksalnie, imienną patronką jest, zapewne, rzymska bogini Junona,
opiekunka kobiet, macierzyństwa i ich seksualności, ma bardzo wyrozumiałych i
liberalnych rodziców. A dokładniej – ojca i macochę - jej rodzona matka odeszła do innego mężczyzny,
gdy Juno była malutka ( być może stąd w
niej tyle sarkazmu i zdroworozsądkowego myślenia). Rodzice nie rzucają mięsem, nie wyganiają jej
z domu, jednym slowem, nie histeryzują, oznajmiają tylko, nie bez poczucia
humoru, że jednak woleliby inny rodzaj nieszczęścia, ot żeby choć kogoś
potrąciła samochodem, albo niechby wylali ją ze szkoły. Ale, cóż, sami nie mają
zamiaru zostać dziadkami, uważają, że Juno jest zecydowanie za młoda, trzeba
więc, w tej sytuacji, przedsięwziąć jakieś stosowne kroki. Na szczęście aborcja nie jest brana
pod uwagę, choć Juno wcześniej miała i taki zamiar, w tajemnicy przed rodzicami. Poszła nawet do odpowiedniego miejsca (nazwanego bodaj, "Women now"), ale po drodze dowiedziała się od koleżanki, że
jej dziecko ma już paznokcie, a poza tym w poczekalni, nazwijmy to „kliniki”,
było brudno i były nieświeże gazety – postanowiła więc wziąc nogi za pas i
pójść po radę do "starych".
Wspólnie uchwalono, że dziecko trzeba oddać do adopcji. I bardzo dobrze, odetchnęli wszyscy z ulgą, zarówno przed ekranem, jak i na nim. To trafna decyzja. Jeśli Juno nie czuje się na siłach, by być matką, ani jej rodzice, by ją do tego nakłonić i wspomóc, dlaczego by nie miała uszczęśliwić kobiety, ktora czuje się powołana do macierzyństwa, a nie może mieć dzieci. Zaczynają się poszukiwania ogłoszeń i co za tym idzie, odpowiednich rodziców. Poszukiwania nie trwają dlugo. Anonsów chętnych do przysposobienia dziecka w swej rodzinie, jest mnóstwo. I tu po raz pierwszy pojawia się wyraźna, czytelna, nie stłumiona humorem, krytyka współczesnego wyzwolonego społeczeństwa. Adopcja? To takie proste! Jak wymiana zlewu czy zakup sadzonek do ogródka (a przecież chodzi o decyzję (czyjegoś) życia i na całe życie) – właśnie wśród takich banałów Juno napotyka ogłoszenie pewnego małżeństwa, ktorego treść oraz fotografia chętnych na jej dziecko, wzbudza u niej zaufanie. Wraz z ojcem udaje się na spotkanie z Markiem i Vanessą Loring.
I od tego momentu wchodzimy jakby w druga
warstwę filmu, w drugi bieg wydarzeń, w których na pierwszy plan wysuwa się
życie owego bezdzietnego małżeństwa i ich wpływ na tożsamość, poglądy
Juno. Juno, zaprzyjaźnia się z
potencjalnym adopcyjnym ojciem jej dziecka – łączą ich wspólne zainteresowania
(muzyka, filmy), on imponuje tej małej
swoim zawodem – jest muzykiem i kompozytorem, ona jemu – poczuciem wolności
i odwagą . Spotkanie Juno z tym małżeństwem będzie
miało brzemienne skutki dla wszystkich, i nie chodzi tu tylko o ciążę i
dziecko. To dzięki rozmowom z Markiem i
decyzjom jakie wkutek nich on podejmie względem swego życia, Juno zada ojcu pytanie : "Czy
możliwe jest być z kimś, w sensie kobieta z mężczyzną, na zawsze?" Ojciec
na to – "Jesli znajdziesz kogoś kto pokocha cię taką, jaka jesteś, ładną i
brzydką, głupią i mądrą, smutną i wesołą, jednym slowem z wszystkimi twoimi
zaletami, ale przede wszystkim z wadami, wtedy jest na to szansa". I to
też, mam wrażenie jest jednym z przesłań tego filmu – pozwólmy ludziom żyć wg
swoich wartości, pozwólmy im być sobą, niech idą dokładnie swoimi własnymi
drogami, a nie drogami, które wyznacza im "przykładne", zadufane w
swojej nieomylności, społeczeństwo. I nie oceniajmy ludzi pochopnie wg swojego
widzimisię.
Koniec końców - niechciany stan błogosławiony Juno, okazał się, jak na ironię,
prawdziwym błogosławieństwem przede wszystkim dla ... małżeństwa Marka i
Vanessy Loringów, którzy, choć oddzielnie,
będą od teraz kroczyli każdy swoją, właściwą, ścieżką życia; dla Ojca i macochy Juno – których związek
jeszcze bardziej się scementował, a dla samej Juno i Pauliego? No cóż, Juno
przekonała się jak cudowną ma rodzinę i, że prawdopodobnie znalazła miłość
swego życia, którą gdyby nie ciąża, mogłaby normalnie przegapić. Może trochę
szkoda, że nad ich związkiem, być może, będzie ciążył błąd beztroskiej, a
raczej bezmyślnej, młodości. Oby, po czasie, Juno nigdy nie znalazła się w
sytuacji, pragnącej bezgranicznie dziecka, Vanessy. Oby, im sie udało, być ze sobą jak najdłużej,
może nawet do końca życia, o czym tak marzy, by nigdy nie porzuciła Pauliego i
ewentualnie ich dzieciaka, jak sama została porzucona. Takie są
nasze życzenia, bo przecież polubiliśmy Juno, tę rezolutną 16-tkę z
amerykańskiego przedmieścia, może trochę nieodpowiedzialną, ale na pewno mającą
dobre i wrażliwe serduszko, i oby takie zachowała do końca swych dni.
Film kończy sie totalnym happy- endem. Wszyscy wydają się być szczęśliwi, na czele ze świeżo powitym niemowlakiem, ktoremu prawdopodobnie ptasiego mleczka nie zabraknie pod skrzydłami przybranej mamy. Od tej chwili, każdy będzie się beztrosko oddawal swemu ulubionemu zajęciu – tata będzie instalował klimatyzacje, macocha zacznie hodować swoje ulubione pieski, Mark Loring – utworzy rockową kapelę, Vanessa będzie hodować swego świeżonabytego malucha, a Juno i jej chłopak będą nadal uczęszczać na lekcje, a w wolnych chwilach śpiewać sobie ładne piosenki, takie jaką uslyszeliśmy na koniec filmu.
No właśnie, czy to nie jest zastanawiające, jak wszyscy łatwo i z radością przeszliśmy nad tak poważnymi sprawami jak seks, a co za tym idzie - macierzyństwo, ojcostwo... do porządku dziennego. A! Ojcostwo! O ojcostwie w ogóle się tu nie wspomina. Bleeker nie ma tu nic do gadania, potraktowany jest przez wszystkich jak kompletny dzieciak, stosownie zresztą do stanu jego psychiki.
Mimo wszystko, mimo pozornego happyendu, pogodnej finałowej pioseneczki – ja wyczuwam tu drugie dno, czyli zadumę - gdzieś tu się wszyscy w tym dzisiejszym świecie pogubiliśmy. Nasze dzieci, przedwcześnie „aktywne seksualnie” (jakże często te słowa pojawiają się w filmie), są przecież, mimo dojrzałości fizycznej i ochoczego podejmowania współżycia dla tzw,. sportu, kompletnie nieodpowiedzialne społecznie i niedojrzałe psychicznie, by się temu oddawać i ponosić tego konsekwencje. Wyedukowani seksualnie (internet, media, szkoła – ale nie w Polsce), mający na tacy wszystko czego dusza w tym względzie zapragnie (szeroki asortyment prezerwatyw, filmy, i nie tylko, porno, literaratura fachowa), nie zawsze pamiętają, że seks to nie wszystko i nie koniecznie musi konczyć się przyjemnie, tak jak na filmie.
I przesłanie do rodziców - owszem, wszystko super, jesteśmy liberalni i fajowi, prawie kumple naszych dzieci, ale w tym rozbiegu ku nim, zapomnieliśmy chyba o kontroli naszych milusińskich. Powinniśmy bardziej śledzić i mieć na uwadze ich rozwój psychofizyczyny, bo oni mimo swej powszechnej internetowej mądrości, są jednak ciągle dziećmi, nie przygotowanymi na niespodzianki dorosłości, którą wydaje im się, że osiągnęli, dzięki gotowości do miłości, głównie fizycznej.
Historia, na pozór, jakich wiele. Walter, tak mu
na imię, po 12 latach odsiadki, wychodzi z więzienia. Postanawia żyć na
nowy rachunek, ludzie mu w tym przeszkadzają, tylko miłość może go
uratować. Jednak sprawa Waltera jest o tyle bardziej skomplikowana, że
jest pedofilem, a takim wszyscy się brzydzą, nawet ci, którzy w zaciszu
domowym sadzają swoje córki na kolana, mimo, że one tego bardzo (i podejrzanie) nie
lubią.
Były więzień musi stawiać czoła nie tylko nienawiści otaczających go
ludzi, ale przede wszystkim nienawiści i wstrętu do samego siebie, do
swego popędu seksualnego, sile nad którą najtrudniej mu zapanować,
która nawet zduszona, upchnięta gdzieś w najgłębszych zakamarkach
mózgu, czeka tylko na sposobny moment, by dać o sobie znać.
Kevin Bacon w tej trudnej roli sprawił się znakomicie. Jego zadaniem
było pokazanie, że pedofil pedofilowi nierówny. Wśród potworów o
nieodwracalnie przetrąconej psychice, zdarzają się też ludzie, owszem,
wyrządzający wielkie zło, ale świadomi tego chcący z tym skończyć.
Twarz Bacona przez cały film jest niesamowicie spięta, nieruchoma, jego
czujny wzrok wyraża zarówno strach przed bliźnimi, jak i samym sobą.
Jest tylko jeden moment, gdy się rozjaśnia, łagodnieje i Bacon–Walter
ładnieje - rozmowa z dziewczynką w parku ("woodsman" - lubi miejsca zadrzewione). Kevin B. świetnie panuje nad
mimiką, oczami, przekazuje nimi wszystkie emocje, od najbardziej
oczywistych, po najmniejsze niuanse. Dramat opowieści oparty jest w głównej mierze na osobie,
ciele tego aktora.
Atmosfera jest napięta, ale nie do przesady. Film jest
bardzo stonowany, nie epatuje nadmiernie ani przemocą, ani jakimiś
drastycznymi scenami. Subtelnie dotyka najbardziej wstydliwych wątków
życiorysu głównego bohatera. A jego czyny są bardziej zasugerowane, niż
pokazane. Akcja dramatu rozgrywa się głównie w głowie i odbija się na
twarzy Waltera czyli Kevina B. Dzieki temu, „Woodsmana” mogą oglądać
także ludzie o słabszych nerwach, ale emaptyczni, otwarci na każdego człowieka,
chcący chociaż w minimalnym stopniu poznać mechanizmy kierujące
jego postepowaniem.
Bardzo ciekawa jest tu postać Vickie (grana przez żonę Bacona – Kyrę
Sedgwick), kobiety skrzywdzonej w młodości w sposób, jaki krzywdził
Walter, która, co ciekawe, jako jedyna, oprócz jego szwagra, nie
odwraca się od niego i postanawia mu pomóc.
Jednym słowem - „The Woodsman” – wart jest obejrzenia, z wielu
względów. Bardzo bolesna i ciągle aktualna tematyka, od której nie
można uciekać wzdrygając tylko ramionami i wykrzykując – 'wykastrować",
'zabić" itp. A poza tym, jak nam sygnalizują autorzy filmu,
kto wie, czy ten który krzyczy najgłośniej, tzw. "szanowany obywatel",
sam nie ociera się o pedofilię w zaciszu swego słodkiego
wypielęgnowanego domku, gdzie nikt nie słyszy i nie widzi, tylko
dziecko czasem zapłacze, gdy tatuś zaprasza do wizyty na swoich
kolanach. Świetna scena – kluczowa, w filmie –wspomniana już rozmowa
Waltera z dziewczynką w parku.
No i warto spojrzeć, jak sprawę zwolnionych z więzienia pedofili
rozwiązuje się w USA. Wychodzą z odpowiednimi zakazami, wpisami do akt,
które zabraniają im pracy w przeróżnych placówkach oświatowych,
zbliżania się na określoną odleglość do miejsc, gdzie przebywają
dzieci itp. Chodzą regularnie na psychoterapie. A co najważniejsze,
każdy z nich ma indywidualnie przydzielonego policyjnego „anioła
stróża”, który go obserwuje, składa mu regularne wizyty w domu, słucha
jego tłumaczeñ z takich czy innych uczynków.
U nas, niestety, od lat, wiele się na ten temat mówi, od czasu do czasu podnosi się większy raban, a nie
zrobiono do tej pory nawet rejestru skazanych za pedofilię. A tych,
którzy wychodzą na wolność zostawia się bez pomocy, samym sobie. Czyli
każdy pedofil po odbyciu kary może sobie spokojnie dalej robić swoje,
zatrudniając się w przedszkolu czy szkole.