Zaciekawia mnie tureckie kino, podobnie jak fragmenty tureckiej
literatury, z którymi się ostatnio poznałam, czyli "Pchli pałac" E.
Safak i O. Pamuk "Śnieg". Chyba dlatego, że ma, mają, w sobie tę przeczuwaną
nostalgię Turków za światem, który zaczynają pomału zatracać,
spoglądając tęsknie na europejski brzeg Bosforu, dążąc do zunifikowania w
Unii Europejskiej.
Fabuła filmu Yesim Ustaoglu, w prostej
linii osadza się na odwiecznym problemie ludzkości - jak poradzić sobie
ze staroscią, zniedołężnieniem czlowieka, jak godnie i po ludzku
przeżyć ten trudny czas - trudny, zarówno dotkniętemu starzeniem sie jak
i jego rodzinie.
Komuż to tytułowa puszka Pandory przyniesie złe
wieści, sprawi wiele kłopotów, przepełni smutkiem, przewartościuje
dotychczasowe życie? Otóż, tymi wybrańcami okaże się trójka rodzeństwa,
dwie siostry i brat, w dojrzałym wieku, mieszkająca w samej stolicy kraju.
Pewnego dnia otrzymują telefoniczną informację ze swej rodzinnej wsi,
położonej głęboko w górach, że ich leciwa matka zaginęła. Po prostu,
wyszła z domu i nie wróciła. Na szczęście, jeszcze na wsi zniknięcie,
nawet starszej samotnej osoby, jest zauważalne i nie daje spokoju jej
mieszkańcom.
Kim są dzieci starszej zaginionej pani? Jedna z córek,
panna, pracuje w wydawnictwie, druga - mężatka i matka dorastającego
syna, zajmuje sie domem, a ich brat - to ktoś z gatunku niebieskiego
ptaka, czyli zupełne przeciwieństwo sióstr. Nieszczęśliwa wiadomość
sprawia, że rodzeństwo żyjące do tej pory we wzajemnym odosobnieniu,
jest zmuszone skonsolidować swe siły, dogadać i udać się na daleką
wyprawę w rodzinne strony, by odszukać rodzicielkę. Podróż nie przebiega
bezkonfliktowo. Długie godziny wspólnej jazdy są okazją do wzajemnych
wyrzutów, oskarżeń tyczących lat dzieciństwa i młodości, kiedy jeszcze
żyli pod wspólnym dachem. Koniec końców, wyjazd ma szczęśliwy finał -
matka zostaje odnaleziona w lesie, zabrana do miasta, przebadana w
szpitali i zdiagnozowana - niestety, dla wszystkich, ma Alzheimera.
Czyli szczęście w nieszczęściu, jednak. Stara kobieta, przez całe 90 lat
mieszkająca na wsi teraz, na ostatnie dni życia, musi pozostać w mieście - siła wyższa. Zostaje u
córki, mężatki, jej najlepiej powodzi się materialnie. Nie jest lekko.
Mama ciągle ucieka z domu, bawi się z dziećmi na ulicy, sika na dywan.
Zapada decyzja, że dla odmiany, na jakiś czas zabierze ją do siebie druga córka.
Niestety, jej nieustabilizowane życie osobiste, nie sprzyja opiece nad
matką. Starsza pani zostaje odtransportowana do syna - tam na swoje
szczęście trafia na swego wnuka, który przez swoje prawie 20-letnie
życie nie miał okazji poznać swej babci. O dziwo, ta dwójka doskonale
się rozumie. Przy okazji warto nadmienić, że wnuk babci jest dość
niesfornym synem jej córki, czyli swej matki. Nie ma zamiaru się uczyć,
broni się rozpaczliwie przed upodobnieniem do swego zaharowanego
zarabianiem pieniędzy ojca. A przecież to dzięki ojcu ma wszystko, czego
mu potrzeba, wszystko, żeby mógł się uczyć i robić karierę. Ale czy to wystarcza młodemu człowiekowi? Może
właśnie dlatego wnuk z babcią tak się dobrze rozumieją? Obydwoje nie
chcą sie poddać rygorom, przymusom, narzucanym im przez innych.Chcą żyć
po swojemu, nawet jeśli to będzie się równało bardzo skromnej
egzystencji. Może mimo światowego trendu by więcej mieć niż być, wolą
jednak bardziej być niż mieć? Od momentu spotkania babci z wnuczkiem
czujemy, że los starszej pani zmieni się na lepsze.
Czy
historia tej rodziny, starej matki i jej dzieci, które zapomniały o
niej na dlugie lata, jest metaforą historii współczesnej Turcji? Wyrazem
obawy, że Turcy zachłyśnięci zachodnim stylem życia, nowoczesnością,
globalizacją, zapomną o swej ojczyźnie -matce i korzeniach, skąd
pochodzą? Tak jak filmowe dzieci - zaniedbały swoją? Będą
mieć do swej tradycji stosunek, owszem, poprawny, ale zimny, a może, nie
daj Allah, niechętny? Czy tytułowa puszka Pandory, to odsunięcie się od
matki, po uczynieniu pewnych wysiłków by sprostać opiece nad nią, jej
dzieci, na rzecz wygody i komfortowego życia? Czy to może być przyczyną
ich nieszczęścia, złego samopoczucia, wyrzutów sumienia? Wszystko zależy
od tego, kto co uważa za szczęście. Jeśli ktoś przez 20 lat nie miał
kontaktu z matką i nie czuje się z tego powodu nieswojo? Widać, że niektórzy mogą tak żyć. Ale czy wiedzą co tracą? Czy może być coś
bardziej ciepłego, kojącego, dla człowieka, jak uśmiech i objęcie ramion
matki? Na chwilę tego doświadczają, matka, po latach, mimo choroby
potrafi ciągle obdarzać swoje dzieci gestami miłości.
Jedyna
nadzieja we wnuku, tym młodym pokoleniu, ktore nie poczuło
zachłyśnięcia się nowym życiem, przywykło już do niego, a nawet już mu
ono obrzydło, i dlatego znajdzie czas by odszukać swe korzenie i poczuć z
tego prawdziwą radość.
Nie wiem, czy takie były intencje
autorki filmu. Nie bez znaczenia, wydaje mi się, jest też wybranie
choroby, na jaką choruje matka. Zapomina, co wydarzyło się przed
godziną, ale doskonale pamięta stare czasy. Czym więcej rozmyślam o tym
filmie, tym bardziej przekonuję się, że reżyserka troszczy się o pamięć,
pielęgnowanie korzeni.
Taka jest moja interpretacja, ta
głębsza, bo w pierwszej kolejności, jest to piękny film o odnajdywaniu
sie bratnich dusz, a że dusza to nie ciało, to i wiek dla niej nie ma znaczenia. Więc nic dziwnego,
że bratają się dusze 90 letniej kobiety i jej o 70 lat młodszego wnuka.
Jest takie miejsce na ziemi, które można by nazwać rajem, gdzie
ludzie są sobie równi, bez względu na urodzenie i pochodzenie, bez
oglądania się na wykształcenie, profesję, majątek i wszystko to, co
określa pozycję społeczną. gdzie ludzie spotykają się po to, by spełniać
marzenia, rozwijać swoje, często dziwne dla laika, pasje, cieszyć się
życiem i nieskażoną jeszcze (a przynajmniej w małym stopniu) przez
człowieka naturą. I nie jest to raj taki, jaki nam się zwykle z tym
słowem kojarzy - nie ma tu ciepłego morza, plaż, palm i kokosów
spadających wprost do koszyka, nie ma półnagich, pieknych czekoladowych
dziewczyn, poruszających rytmicznie biodrami w tańcu hula. Nie, nie,
wręcz przeciwnie - to miejsce to zimna Antarktyda. I dobrze, bo nikt do
tego raju nie trafi przypadkowo. Życie przybyszów oraz świata tutejszej
fauny, tętni tu, wbrew pozorom, wcale nie słabiej niż w innych bardziej
zamieszkanych zakątkach świata. Praca naukowa wre pełną parą, a w ramach
odpoczynku urządza sie na przyklad koncert, niczym onegdaj Beatlesi w
Londynie, na dachu miejscowego baraku.
A Werner Herzog prowadząc rozmowy
Dokument autora takich głośnych (no, powiedzmy, w miarę głośnych) ostatnio fabuł jak "Upały" czy "Import-Export". Tytuł "Zwierzęca miłość" działa dwustronnie, może określać miłość zwierzęcia do człowieka, lub przenośnie (choć niekoniecznie - patrząc na człowieka jako na ogniwo w łańcuchu ewolucji), miłość człowieka do zwierzęcia. Autor filmu przedstawia ludzi z bardzo różnych środowisk, na pierwszy rzut oka wcale nie samotnych, bo żyjących w rozmaitych związkach, którzy jednak największą i prawdziwą głębię uczuć znajdują w obcowaniu ze zwierzętami. Przeważnie są to psy, czasem inne, na przykład królik. Poznajemy przeróżne typy ludzkie. Na przykład dwoje młodych bezdomnych mężczyzn, żyjących razem z kundlem w jakimś nędznym składziku, kupujący za ostatnie grosze do swego stada jeszcze królika, który ma pomagać im zarabiać na życie, to znaczy teraz na dworcu kolejowym, zamiast o datek dla siebie, będą prosić o grosz na karmę dla "kicka". Jest też para mężczyzn w średnim wieku, żadnych gejów, pragnących część potencjału miłości jaki posiadają wyładować na psie. Przygarniając go, posiłkują się wiedzą fachową, czytają książki z zakresu hodowli psów , czy przysposabiania ich do życia w ludzkim stadle. Nie brakuje w tym towarzystwie i pań. Jedna z nich - piękna kobieta, chyba jakaś artystka (śpiewaczka), traktuje swego rasowego husky, jak prawdziwego przyjaciela, czyta mu listy od swych kochanków i wielbicieli, ubolewając przed zwierzęciem, że wszyscy widzą w niej tylko atrakcyjne ciało, nikt nie widzi duszy.
I tak przez dwie godziny przewijają się przed naszymi oczami portrety ludzi zawiedzionych przez bliskich, przez życie, ktorzy nie dostali miłości w takiej postaci jakiej się spodziewali, ale nie pozbyli się jeszcze potrzeby jej dawania. A któż jak nie zwierzę, może być najwdzięczniejszym biorcą miłości i jej przejawów? Tylko ono może słuchać wielogodzinnych zwierzeń człowieka, nie komentując i nie żądając w zamian niczego, oprócz miski karmy i wyprowadzenia na spacer za potrzebą.
Interesujący jest sposób realizacji filmu. Najczęściej są
to luźne, pojedyncze, pozbawione logicznego ciągu scenki rodzajowe, jakieś spacery, dialogi ludzkich par mieszkających wspólnie pod jednym
dachem razem z psem, a jeszcze częściej monologi panów i pańć zwierząt skierowane do swoich
milusińskich. A tak nawiasem, jacy oni tam panowie i panie! Są to wierni
poddani swych podwładnych, uzależnieni od nich całkowicie. Scenki owe, poprzetykane są licznymi, wyraźnie aranżowanymi na
użytek dokumentu ujęciami stricte portretowymi. Bardzo pięknymi, refleksyjnymi,
melancholijnymi mimo scenerii nędzy życia. Na
przykład - dwie stare kobiety z kotami na podołkach. Albo bardzo nieprzystojny
mężczyzna w średnim wieku, przed chwilą rozmawiający przez sekstelefon, za
chwilę ukazuje się nam nagi w całej swej niekrasie wraz z psem trzymanym na
smyczy. Odważny portret, dwóch dumnych samców, i tak naprawdę nie wiemy, kto kogo na tej smyczy trzyma. Bardzo mocne
wrażenie wywołuje portret z domu starców
(to jeden z ulubionych leitmotivów Seidla)
- szereg łóżek z ułożonymi w nich
jeszcze żywymi, lecz nieruchomymi, ciałami
staruszków i biegającymi po pościeli małymi króliczkami, figlarnie trącającymi noskami stare twarze, budząc na nich cień uśmiechu - znowu jedyną radość
daje człowiekowi nie drugi człowiek, lecz zwierzę.
Filmy Seidla kojarzą mi się czasem z dokumentami naszej Ewy Borzęckiej. Obydwoje zajmuja się tą marniejszą stroną ludzkiego istnienia. I teraz pytanie, dlaczego tak lubię filmy Austriaka, a nie znoszę filmów Polki? Przecież ukazują podobne światy używając przy tym często gęsto (Seidl nawet częściej i gęściej) celowej inscenizacji . Różnią ich cele, myśl przewodnia ich filmowych przedsięwzięć. Borzęcka zdaje się działać ku zaspokojeniu niezdrowej sensacji, oczekiwaniu widza na obraz zła, nędzy, brudu, by mógł nakarmić głód zobaczenia życia skrajnie innego od swojego, a więc poczuć samozadowolenie " jeszcze nie jest ze mną tak źle". W obrazach Borzęckiej, wyczuwa się jakimś siódmym zmysłem kalkulację, chęć zaszokowania widza dla swej korzyści, jako autorki filmu. Seidl, natomiast, pochyla się nad człowiekiem i oprócz powierzchownej nędzy jego istnienia, stara się wydobyć także głębię jego tęsknot, jego pragnień, ale także straszną wobec nich bezradność . Patrząc na filmy Seidla, w przeciwieństwie do filmów Borzęckiej, widzimy, że mimo wszystko oglądamy człowieka, rozumiemy jego emocje, ba, czujemy wręcz pewną więź, dzielimy z nim jego rozpacz i pustkę istnienia. Jednym słowem, filmy Seidla poruszają, po uprzednim wbiciu w fotel (bezkompromisowy sposób filmowania), a filmy Borzęckiej czynią z nas jedynie zimnych obserwatorów pod okularem mikroskopu-kamery pełzania czegoś (?), kogoś(?), co(?), kto (?) nazywa się człowiekiem.
Do zobaczenia tego filmu, oprócz recenzji na blogu Czarnego Kota, zachęciło mnie take poprzednie dzieło tego reżysera
Polecam,
szczególnie tym, ktorzy nie lubią Almodovara, a chcieliby zobaczyć coś z
klimatów, którym on poświęca swą twórczość. Ci, którzy lubią, też mogą
popatrzeć i porównać na jakie różne sposoby można robić filmy na podobne
tematy i wybrać, który się bardziej podoba. Mnie odpowiada styl, zarówno
Hiszpana, jak i przysposobionego na Włocha Turka. Każdy z nich mówi o
bardzo delikatnych sprawach swoim językiem, jeden kwieciście i bez ogródek,
drugi stonowanie, prawie szeptem, ale obaj równie dobitnie przekonują,
że ludzi nie powinniśmy dzielić według tego, kogo kochają, najważniejsze
bowiem jest, że są w ogóle zdolni do miłości
Plakaty obwieszczają „Tak śmiesznego filmu Allena jeszcze nie było”. Tere fere! Znamy ten numery fachowców od marketingu. Wszystko zawsze jest "naj" i po raz pierwszy i musisz to mieć, zobaczyć, spróbować, bo jesteś tego wart/a. Po co się tak wysilają, ci spece od wysokiej sprzedaży? Allen zawsze jest wart zobaczenia, to się wie, a maluczcy, którzy czynią pierwsze kroki w poznawaniu kina, mogą po tych plakatowych zachętach zrazić się do mistrza na amen i na wieki. Choć myśle, że Allen nie obrazi się za takie hasła na plakatach, swoją ostatanią twórczością („Sen Kassandry”, „Scoop”) sprawia wrażenie, że ma ochotę dotrzeć do mas, nie tylko do tych, którzy noszą okulary i są postrzegani jako mający chrapkę na miano intelektualistów. „Co nas kręci, co nas podnieca” jest na to kolejnym dowodem. Czego ja osobiście nie mam mu kompletnie za złe – po prostu jeden z okresów twórcy, który nie może przez całe życie tworzyć dzieł, a tworzyć musi, bo jest do tego stworzony!
Nie jest to na pewno najśmieszniejszy film Allena, do takich
należy z pewnoscią „Zelig”! Ale nie jest też tak tragicznie, jak się może wydawać na wstępie , gdy Boris/Woody
dostaje dosłownie starczego słowotoku, a co najgorsze, powiela dowcipy ze
swoich starych filmów (o Żydach, religii itp.). No ale jak się tak dlugo żyje i
prawie co roku dostarcza nowego tytułu do dorobku, to człowiek kiedyś musi sie
powtórzyć.
Na szczęście, okazuje się, że złe dobrego początki, z czasem akcja nabiera
tempa, choć nie jest ono absolutnie zawrotne. Zaczyna przybierać także coraz
bardziej różowych kolorów, dosłownie. Allen sobie nieźle sobie swawoli, snując
erotyczne fantazje na temat związków międzyludzkich, i nie tylko. W pewnym
momencie nawiązuje nawet, albo znowu, do starego wątku seksu z owcą, jeśli ktoś widział
"Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście sie
zapytać" wie o co chodzi. Robi się więc niezły i jakże wyzwolony miłosny
misz- masz. Bo, tak jak sugeruje tytuł w oryginale, nie przejmuj się „Byle działało” (czy "Jakby nie było", zdania są podzielone), a będzie
dobrze. Nie ważne z kim, nie ważne z iloma, chodzi o to, że „TO”, czyli magia
między ludźmi ma działać. Miłość, seks
ma człowieka wyzwalać, inspirować, a nie krępować i ograniczać. Jeśli nie
czujemy się dobrze z partnerem, mamy uciekać gdzie pieprz rośnie, choćby przez
otwarte okno, a nuż czeka na nas, tam na dole, pani z pieskiem, albo porzucony
przez żonę/męża gej.
Ale o co chodzi? Tak z grubsza? Ano o to, że któregoś zwyczajnego wieczoru, starszy pan, intelektualista w okularach, oczywiście (!), naukowiec o krok od nagrody Nobla, Boris Yelnikoff czyli
porte-parole reżysera, znajduje u drzwi swej kamienicy chudzinę z Teksasu,
twierdzącą, że ma 21 lat. Dziewczyna jak najbardziej, metrykalnie dorosła, przynajmniej sama o tym przekonuje, czemu więc jej nie wierzyć? Na dodatek zagubiona w wielkim mieście, głodna – wypadałoby się nią zaopiekować, co też staruszek
Borys Yelnikoff, czyni. Na początku bez większego entuzjazmu, wszak ma już swoje przyzwyczajenia i dziwactwa, ale jak się
okazuje – było warto! Dziewczyna umie słuchać jego długich wywodów na temat
wszystkiego, poza tym jest niedouczona – a więc starszy pan może się wyżyć i
dowartościować intelektualnie, co skutkuje zarówno małżeństwem jak i uznaniem
męża przez żonę za geniusza. Czy może być coś piękniejszego dla mężczyzny od
statusu geniusza, na dodatek przyznanego mu przez piekną kobietę?
Niestety, na horyzoncie ich sielanki pojawia się matka dziewczyny, czyli teściowa, młodsza od zięcia o jakieś 25 lat, która brutalnie wkroczy w ich związek, nasyłając na dziewczynę zabójczo przystojnego młodzieńca. A sama, za sprawą przyjaciół Yelnikoffa, z zahukanej pani domu z głębokiego pobożnego Południa staje się wyzwoloną artystką fotografikiem. Po chwili, za teściową, ściaga do nowojorskiej siedziby córeczki, jej ojciec, czyli teść Borisa, młodszy od niego także o blisko 20 lat. To on jest sprawcą ucieczki dziewczyny z domu, która nie mogła pogodzić z atmosferą jaka zapanowała na łonie rodziny po zdradzie, jakiej się dopuscił, wyprowdzajac się do swej młodszej kochanki, Niestety, nie znalazł on szczęście w nowym związku, postanowił więc wrócić do żony i córki, a że właśnie zadomowiły się one w NY, stąd i jego wizyta u Yelnikoffa, który ze stoickim spokojem (a przynajmniej do czasu) przyjmuje to co przynosi mu los, czerpiąc profity ze swej gościnności i spolegliwości. Jak się okaże i ojciec, wyrwawszy się z konserwatywnego Poludnia, trafiając na łono Nowego Yorku, wyzwoli się z ograniczeń i znajdzie wreszcie swą prawdziwą miłość. I tak dalej, i tak dalej, wszystko toczy się jak z płatka, ludziska kochają się ile wlezie, a to za sprawą, że są otwarci na to, co niesie im chwila i czują się wolni, przynajmniej od stereotypów. Nikt tu nie gorszy się, że 21-latka bierze ślub z 75-latkiem, że jej matka nagle zrzuca z siebie pancerz gospodyni domowej i staje się uwielbianą wna cały NY fotografką zdjęć prawie porno, a ojciec wreszcie zrozumiał, dlaczego tak bardzo podniecały go mecze baseballu.
Przez cały film miałam wrażenie, że przecież to nie może być
Allen. Gdzie się podziało jego czarnowidztwo, jego sarkazm, jego niedowierzanie
w mozliwość porozumienia między ludźmi, a już tym bardziej między płciami? To
musi być baśń, gdzie wszystko kończy
się szczęśliwie, wszyscy natrafiaja na swe połówki i żyją długo, zgodnie i
pogodnie, do późnych lat starości osiągając co wieczór orgazm wielokrotny. Zresztą,
tak jak w baśni, mamy narratora, który co rusz odchodzi na bok, zwracając się
bezpośrednio do widzów przed ekranem, moralizuje wytykając ludzkie ułomności,
szczególnie tę, która jest wiarą człowieka w możliwość planowania i panowania
nad swym życiem ..
Nie mogę się powstrzymać, by tych kilku zdań o filmie nie zakończyć cytatem słów,
które Allen jakby mi wyjął mi z ust moich, moich: "Tak się składa, że nienawidzę noworocznych
celebracj.Każdy rozpaczliwie chce się dobrze bawić, chcąc to uczcić w jakiś
żałosny sposób. Uczcić co? Krok bliżej grobu". Cały Allen! Udaje, że nie rozumie, że ludziska z ulgą żegnają stary rok,
który przyniósł im mnóstwo rozczarowań, a radując się na nowy, oszukują się, wierząc naiwnie, że będzie on
lepszy. I tak wkoło, aż do uciaptanej śmierci.
Szczęślwego Nowego Yorku, życzę! To znaczy Roku, nie to za pół roku, tymczasem, niech będzie Yorku, czujmy się po tym filmie, jakbyśmy tam byli, miód i wino z rozbrykanym Allenen pili i tańczyli z tym ... itd.
Czekałam
z niecierpliwością na ten film, bowiem "Propozycja" Johna Hillcoata urzekła
mnie całkowicie - jeden z piękniejszych filmów, choć taki brudny - zarówno pod
względem obrazów jakie nam się przewijają przed oczyma, jak i marności
człowieczej. "The Road" pod
względem owego właśnie brudu na pewno dorównuje "Propozycji". Oglądamy
fragment świata po zagładzie. Jakiej – dokładnie nie wiemy. Widzimy jedno - jest
brzydko, totalna degrengolada -
kataklizm pod każdym względem, przerażająca pustka, a jeśli gdzieś pojawią się
ludzie, to raczej tylko w charakterzy kanibali, polujących na coś do zjedzenia. Smutek, rezygnacja, brak wiary w jakąkolwiek
przyszłość, nawet fundament do tej pory nienaruszalny czyli rodzina - ulega
prawie rozpadowi. Prawie, bo jednak ojciec (Viggo Mortensen), nie matka (sic !),
nie poddaje się, nie ulega post apokaliptycznemu marazmowi, wprawia siebie i ocalałe
dziecko w nieustający ruch - wędrując bez celu, cały czas przed siebie, aby tylko żyć. Czy warto było się tak męczyć?
W końcu i tak na każdego u kresu drogi czeka śmierć. Czy nie lepiej było skrócić cierpienia,
jak matka (Charlize Theron) i odejść nie podjąwszy próby życia, nawet jeśli sięgnęło ono dna. Na to pytanie, każdy
musi odpowiedzieć sobie sam.
Przemierzających dziesiątki kilometrów ojca i syna
spotykały zarówno dobre jak i złe chwile. Syn dzięki wędrówce poznał dokładnie
swego ojca - doświadczył jego wielkiej miłości, ale jednocześnie był świadkiem
jego wielkiego okrucieństwa i desperacji, gdy zaszła potrzeba bronienia życia
dziecka. Chłopiec zobaczył po raz pierwszy morze, wielkie i niepokonane, a ojciec,
nie bacząc na nic, rzucił się niczym w czasach wakacji, w jego głębię, ale...
tym razem nie wyłowił dla syna pięknej muszelki. Niestety, często bywało, że mały
człowiek doznawał na własnej skórze, albo był świadkiem wielkich
nikczemności. W końcu przyszło mu także przekonać się , że człowiek tak czasem
bezduszny może być także bezinteresowny i szlachetny . Bywały chwile, gdy odzywał
się w chłopcu zew istoty stadnej, gdy czuł bezbrzeżną niczym pustkowie, po którym
krążyli, tęsknotę za kimś podobnym sobie – dla chwili, by pobyć
choć trochę ze swym rówieśnikiem był gotów do walki z własnym ojcem. Jednym
słowem, chłopak przeszedł szkołę
życia, u boku ojca, mężczyzny. Co w dzisiejszym świecie, naszej cywilizacji,
nie zdarza się przecież tak często. Dzieci, synowie, zazwyczaj wychowywani są
pod okiem matki, podczas, gdy ojcowie zajmują się wszystkim, tylko nie
przyuczaniem do życia swych synów. Apokalipsa zmieniła o 180 stopni bieg rzeczy.
„The Road” to niesamowita opowieść o ojcu i synu w drodze,
mężczyźnie i chłopcu, będących blisko siebie, i życia, tak jakby nigdy nie
byli, gdyby nie trzeba było o życie walczyć.
Nie jestem miłośniczką horrorów, to sie wie, patrząc choćby na spis filmów przeze mnie opowiedzianych. Horrory natomiast lubi A., tak więc w ramach zbliżania pokoleń, od czasu do czasu zerknę na produkcję spod znaku gore. No i tak trafiło któregoś wieczoru na „Frontiere(s)”. Wcześniej, na forach obijały mi sie o oczy strzępki jakże skrajnych opinii, z przewagą tych, że film beznadziejny. A moim zdaniem, nie było tak źle, czego dowodem może być fakt, iż wytrzymałam do końca bez zmrużenia oka, czasem tylko z lekka podśmiechując sie pod nosem, jak to zazwyczaj na horrorach. Podejrzewam, że twórcy mieli ambicję, by przekazać widzom coś więcej, niż tylko bezmyślną jatkę. Akcję filmu umieszczono bowiem w konkretnych politycznych realiach, czyli podczas rozruchów na przedmieściach Paryża, w dzielnicach zamieszkanych głównie przez imigrantów – muzułmanów, które wybuchły tuż po wyborze Nicolasa Sarkozy’go. Punktem zapalnym zajśc było zabójstwo przez francuskich policjantów młodego motocyklisty. Scenami, jakie pamiętamy z telewizyjnych sprawozdań - ulicznych potyczek i podpalanych samochodów, zaczyna się przygoda czwórki bohaterów – trójki śniadolicych młodzieńców i ich koleżanki Yasmine, będącej w ciąży z jednym z nich. W zamieszkach zostaje postrzelony jeden z kumpli, trzeba go zawieźć do szpitala, ale to nie jest bezpieczne – w Paryżu wre, każdy ranny, a tym bardziej wyglądający na imigranta ze Wschodu, będzie miał, można przypuszczać, kontakt ze służbami bezpieczeństwa. A to jak wiadomo, wiąże się z poniesieniem konsekwencji za udział w poważnej, nabierających politycznych rumieńców, rozróbie. Zapada decyzja - rannego podrzucić do szpitala, po czym dać nogę za granicę, a dokładnie do Holandii (drugiego sporego skupiska muzułmańskich przybyszów)
Oczywiście, jak na horror przystało, uciekinierzy natykają się na swej drodze na podupadłe, opuszczone obiekty. Tym razem mamy do czynienia z nieczynną kopalnią, a wcześniej z podejrzaną gospodą, którą zawiaduje szalona rodzinka, z siostrami erotomankami i bucem z wielkimi mięśniami, ich bratem, na czele. No i się zaczyna – "goście" przybyli do zajazdu tak dostają za swoje, że pewnie zazdroszczą w duchu "poległemu" w walkach ulicznych koledze (bo w końcu zmarł tuż po spotkaniu z personelem szpitalnym) tak spokojnej śmierci. Chłopcy, przed katuszami jakie zgotował im papcio rodziny, nazista z zamiłowania i przekonania, zamieszkujący pobliskie podziemia kopalni, otrzymują z rąk (i nie tylko) dziewczyn, kilka chwil seksualnej rozkoszy, po czym trafiają pod rzeźnickie noże personelu nazisty. Stamtąd część ich członków ląduje na stole w postaci pieczeni, reszta zaś w zamrażarkach. Ciężarna Yasmine ma więcej szczęścia. Ojciec Von Geisler, czyli wspomniany nazista- kanibal, postanawia ochronić ją, a raczej jej brzuch, w celach hodowlano- eksperymentalnych (pewnie spodziewał się wyhodować w przyszłości rasową mieszankę piorunującą).
Film w kontekście zetknięcia starego, stojącego nad grobem faszysty z dorodną latoroślą pochodzenia muzułmańskiego nabiera szczególnych smaczków. Szczególnie, że piękna Yasmine musi się taplać w świńskiej gnojówce, a młodzieńcy jeden po drugim wieszani są na hakach głową w dół i sprawiane niczym wieprzowe tusze przed trafieniem na rzeźnicki stół.
Nie będę już więcej nawiązywać do fabuły, bo to byłoby bardzo nie fair wobec tych, którzy jeszcze tego filmu nie znają, a może pokuszą się na seans po przeczytaniu tej recenzji. Podsumowując więc – „Frontiere(s)” to film typowy w swym gatunku. Było i śmieszno, i straszno, i obrzydliwie, czyli jak na prawdziwy horror przystało. Ale nie tylko... Było także uwodzicielsko. No tak, naprawdę. W końcu nie wygasiłam filmu po 15-20 minutach, a to głównie za sprawą pięknych kobiet cierpiących rany zadane im przez brzydkich, opasłych i obleśnych mężczyzn. Te niesamowite kobiety – trzy siostry Eva, Klaudia I Gilbert , będące na usługach zidiociałego ojca oraz Yasmine, która wpadła w ich sidła tworzyły uroczy kwartet, złożony z dwóch duetów – Klaudia i Gilbert to dziwki -siepacze bez skrupułów wypełniające polecenia męskiej części rodziny oraz Yasmine – matka in spe i kaleka Eva, wielkooka, z wydatnym garbem matka dwójki niedorozwiniętych nazistowskich pociech, ukrytych w podziemiach kopalni.
I jakże optymistyczny, chrześcijański wydźwięk na zakończenie! A co tam, zdradzę, bo muszę jakoś zgrabnie wykończyć tę moją notkę – matki wygrywają, pokonują tych zabawnych białych facetów, te góry mięcha do zabijania (ci śniadzi, zostali wcześniej przez nich zjedzeni). Jedna z nich będzie nadal trwać przy swych nieszczęśliwych dzieciach w kopalni, a druga, śniadoskóra Yasmine ... i tu zawieszę palec nad klawiaturą.