"Boisko bezdomnych" - reż. K. Adamik 2010-02-05 22:00:03

Jacek Mróz (świetny, jak zawsze M. Dorociński)– były piłkarz reprezentacji Polski wskutek kontuzji nogi i alkoholizmu związanego z degradacją w branży, wyrzucony z domu przez żonę Ewę (naprawdę ciekawie prezentujaca się Maria Seweryn), chcącą w ten sposób nakłonić męża do terapii, ląduje, wiedziony róznymi zbiegami okoliczności, na warszawskim Dworcu Centralnym. Włócząc się po peronach i przejściach podziemnych trafia na podobnych sobie, grupę mężczyzn usiłujących zabić czas kopaniem czegoś, co ma wygląd piłki. Przewodzi im niejaki Indor, były marynarz żeglujący na statkach towarowych czyli Eryk Lubos,  aktor budujący spokojnie i konsekwentnie swą karierę od czasu występu w sztuce P. Wojcieszki „Made in Poland” (gdzie brawurowo zagrał rolę naiwnego buntownika Bogusia). Jacek początkowo nie przyznaje się przed swymi nowymi znajomymi do swego piłkarskiego życiorysu.  Przystaje natomiast na propozycję przespania się w noclegowni. Oczywiście, jest jeden warunek – trzeźwość. Tam poznaje resztę swej przyszłej drużyny, której niebawem zostanie trenerem i doprowadzi na międzynarodowy  turniej piłki nożnej odbywający się w Niemczech. Nie będzie to łatwa praca.  Każdy z mężczyzn to jakaś indywidualność, mający swoje przyzwyczajenia, nawyki, fobie, niełatwo poddający się rozkazom, w końcu to często brak pokory przywiodł ich w miejsce, w którym mamy przyjemność ich poznać.  A wachlarz zawodów, środowisk, z jakich się panowie wywodzą, jest dość różnorodny:  ksiądz alkoholik (tu przewrotnie zaangażowano Jacka Poniedziałka), jest Minister, jest Wariat, Mitro (Ukrainiec z pochodzenia), Górnik, a wraz z nimi cała parada naprawdę dobrych aktorów polskich – oprócz wspomnianych wyżej Poniedziałka, Lubosa, Dorocińskiego mamy B. Topę (porucznika Mroza z „Domu Złego”), jest M. Kalita,  K.Kiersznowski i Maciej Nowak –bardziej  znany jako smakosz i tester polskich restauracji niż aktor, radzący sobie całkiem dobrze przed kamerą.

Fabuła filmu nie jest specjalnie skomplikowana. Jej atrakcyjnośc zasadza się głównie na bogactwie i barwności  typów ludzkich, jakie przewijają się przez ekran, czyli boisko, bardzo dobrze zagtranych, bez cienia fałszi czy sztuczności. A także na rozmaitych scenkach rodzajowych związanych z życiem codziennym, i niecodziennym – treningi, wyjazd za granicę, ludzi wyrzuconych na margines.. Oczywiście postaci są tak skonstruowane, że mimo swych dziwactw, niepochlebnych życiorysów, potknięć, a nawet pewnej degrengolady w niektórych przypadkach, budzą naszą niekłamaną  sympatię. Kibicujemy tym dużym chłopakom ćwiczącym na boisku, ale takż w  ich walce z alkoholizmem, w której zdani są tylko na własne siły, nie stać ich przeciez na terapię. Różne są skutki tych zmagań, ale ważne, że w ogóle im się chce,  ważne, że od czasu do czasu dają radę, czego widocznym i całkiem miłym, zaskakującym ich samych także, efektem, jest wyjazd na międzynarodowy turniej bezdomnych.

Bardzo sympatyczny film, z jasnym i pozytywnym przesłaniem -  każdy z nas nie zna dnia ani godziny, dziś mamy i jesteśmy, jutro możemy nie mieć, ale nadal możemy być. Czasem koniec, wyznacza początek nowego.

Dobre aktorstwo, dobra muzyka (Antoni Łazarkiewicz), zupełnie przyzwoite, często dowcipne dialogi – to trzeba podkreślić - „Boisko bezdomnych” posiada sporą dawkę dobrego humoru. Uważam, że jak na drugi film początkującej reżyserki Kasi Adamik, córki świetnej reżyserskiej pary, A. Holland i L. Adamika – wyszło bardzo dobrze. Niektórzy malkontenci mogą się krzywić, że znowu bida z nędzą na ekranie, Marud, a szczególnie wśród polskich widzów polskich filmów nie brakuje. Mnie ten film dał dużo radości i pozytywnej energii i za to twórcom (wszystkim) bardzo dziękuję.

skomentuj (2)

Czas, który pozostał - reż. F. Ozon 2010-01-28 12:17:50

Kolejny film F. Ozona, świetny, w jego klimacie, opowiadający jak zwykle o relacjach rodzinnych, o nieuniknionej stracie, która wpisana jest w ludzki los.
Już w pierwszej scenie filmu dowiadujemy się, że nasz bohater, przystojny, 34-letni gej,  bardzo obiecujący fotografik ( moda ), o imieniu  Romain (bardzo dobry Melvil Poupaud) skazany jest na rychłą śmierć. Ma bardzo złośliwego, mocno zaawansowanego raka.  Szanse na wyleczenie są poniżej 5%. Decyzję co do leczenia lekarze zostawiają swojemu pacjentowi. Romain rezygnuje, zamiast leżeć w szpitalu, tracić włosy, wagę, woli jeszcze trochę pożyć i uregulować pewne sprawy ze swymi bliskimi, nie wtajemniczając ich absolutnie w swój problem. Wyjątek czyni tylko dla babci, z którą jest najbardziej zaprzyjaźniony. To właśnie jej powie o śmierci, której spodziewa sie lada moment, bo tylko babcia, mimo, że w bardzo dobrej formie, ale jednak stojąca nad grobem (ma już grubo powyżej 80-ki, a ludzie przecież nie żyją 100lat), może wiedzieć, tak naprawdę, co on czuje.

Tak więc, Romain zaczyna ostatnią podróż przez swoje życie. Odwiedz rodzinny dom, spotyka sie z rodzicami i siostrą, z którymi ostatnio nie miał najlepszych relacji. Jest „innej” orientacji, a to jak wiadomo, nie sprzyja rozkwitowi uczuć rodzinnych. Choć stosunki w rodzinie, trzeba to przyznać, osiągnęły już stopień poprawności, rodzice wyglądają na pogodzonych z niezręczną sytuacją, to jednak ciągle jeszcze skrzy na linii siostra i brat, między rodzeństwem dochodzi do scysji.Nieprzyjemna rozmowa ma także miejsce miedzy Romain’em a jego partnerem Sashą. Romain – podejmuje decyzję zerwania z kochankiem. Z takim zamiarem nosił się juz od dawna, wizja śmierci tylko decyzję przyspieszyła. Ogólnie atmosfera robi się przykra, smutna.
Ktoś może się oburzać, nazwać Romaina egoistą,  postanawia umierać w samotności. Egoizm? A być może odwaga?  Cały bagaż strachu i niepewności dźwigać samemu. Nie obciążać bliskich swoją traumą. Śmierć i tak przyjdzie, dlaczego nie stawić jej czoła nie rozpaczając, dlaczego by nie wykorzystać czasu, który pozostał, na rozliczenie się z życiem (później Romain szuka jeszcze raz zbliżenia z siostrą i Sashą), albo nawet na danie komuś nowego życia? Ale, być może, faktycznie, bliscy będą  mieli żal, że nie uprzedził o swoim odejściu - być może oni też by mu chcieli coś powiedzieć na odchodnym, za coś przeprosić, przytulić ostatni raz. Bardzo ciekawy problem, czy jest jakiś jeden cudowny hipotetyczny przepis, jak go rozwiązać? Wielu z nas przekona się kiedyś na własnej skórze, jakie wyjście jest najlepsze. Bo jedno jest pewne – strata, odejścia, są wpisane w los człowieka, można się buntować, można to przyjąć na klatę. Jest w filmie piękna opowieść babci Romaina, o tym jak ona poradziła sobie ze swoją stratą (śmierć męża), dała radę, przeżyła, ale okaleczyła przy okazji całą rodzinę, głównie swego syna, czyli ojca Romaina. Każdy wybiera swoją drogę, którą będzie podążał na spotkanie ze śmiercią.
Film warto także zobaczyć dla pewnej sceny - jak pięknie można rozwiązać problem niepłodności męża w małżeństwie, które pragnie mieć dziecko - scena trójkąta w hotelu, czegoś takiego jeszcze nie było. Wielkie brawa dla twórców.

Tę krótką filmową opowieść dedykuję innemu, trzydziestoparoletniemu fotografikowi, Irkowi-Erykowi, bardzo utalentowanemu, który podobnie jak Romain, musiał niespodziewanie opuścić, w pełni życia i sił twórczych, swoją żonę i córeczką. 



skomentuj (0)

Ciesz się biedą! 2010-01-20 11:15:21

Film prowokacja, swoisty performance. Renzo Martens, z urody wypisz wymaluj Klaus Kinski, holenderski dziennikarz udaje sie z kamerą do Konga i próbuje z potwornej biedy jaka panuje w tym kraju, „uczynić” dobro narodowe. A dlaczegóż by nie? - wydaje się pytać, skoro przychody z darów pieniężnych, płynących z całego świata na „biedne dzieci”, przewyższają znacznie dochód z rocznego eksportu złóż mineralnych. Czy warto więc rządzącym starać się o poprawę bytu, a co za tym idzie i świadomości, narodu, będącego pod ich „pieczą”, który mogą niewolniczo wyzyskiwać na plantacjach i kopalniach bogaczy, mających takie czy inne powiązania z ludźmi trzymającymi władzę?
Widzowie, którzy w porę nie przejrzą przewrotności Martensa, mogą odnieść wrażenie niemoralności dziennikarza.  Jego happening czyli neon z napisem Enjoy poverty zainstalowany w zabitej dechami wiosce, napędzany rowerowym dynamem, i osobliwy wykład w jego blasku  dla tubylców, budzi początkowo niesmak. Jak to? Jak można cieszyć się biedą? Z biedą – tak zawsze nas uczono, należy walczyć. A Jolanta Kwaśniewska, kiedy jeszcze nie była panią prezydentową rzekła w jakimś wywiadzie nieopatrznie, że biedy należy się nawet wstydzić (teraz zapewne ugryzłaby się wcześniej w język).  A tu nagle peany na cześć biedy. No tak, wydaje się mówić Martens – skoro przynosi ona takie dochody państwu tylko dlatego, że jest, to dlaczego się z niej nie cieszyć? A na uboczu dodaje, że 70% kwoty pochodzącej z darów, wraca do darczyńców (niestety już nie objaśnia w jaki sposób to sie dzieje), bo dobro darczyńcy liczy sie najbardziej. Nie od dziś przecież wiadomo, że datki pieniężne, czy jakieś żywieniowe zrzuty, są pomocą doraźną i na dłuższą metę wiele nie zdziałają w krajach afrykańskich. Są one z miejsca rozdrapane, przez ludzi którzy mają do nich bezpośredni dostęp. Skuteczna pomoc to budowanie szkół, czyli wykształcenie, a co za tym idzie zmiana świadomości i umożlwienie dostępu rdzennym mieszkańcom do administracji, do zarządzania firmami, uczynienie ich właścicielami majątku kraju, w którym mieszkają. I teraz pytanie „czy to jest możliwe?, czy biały człowiek kiedykolwiek zrezygnuje dobrowolnie ze swej władzy i afrykańskiego dobrobytu? Czy tylko wykurzenie siłą białych sprawi, by czarny nie był niewolnikiem na swej ziemi?

Jest taka jedna świetna sekwencja, która może powalić wątpiących, iż film Martensa jest rodzajem happeningu, mającym ukazać hipokryzję białych ludzi. Otóż Martens odkrywa w jakimś kongijskim mieście małą usługową firemkę – dwójka chłopaków robi i sprzedaje ludziom zdjęcia z imprez okolicznościowych – są to imprezy radosne, jakieś rodzinne święta itp. Martens uświadamia tym młodym, że o wiele lepiej mogą zarobić robiąc i sprzedając mediom zdjęcia umierających biednych dzieci. Zabiera ich więc do jakiegoś szpitala (wyglądającego bardziej na przytułek), tam inscenizuje scenki żywcem takie, nad jakimi płacze cały nażarty i litościwy Zachód, a więc – płaczące z głodu dzieci,  wielkie brzuszki, chudziutkie kończyny, zaropiałe oczy, muchy łażące po wychudzonych maleńkich twarzach, które wyglądają bardziej na twarze starców, umęczone błagalne spojrzenia, albo zupełnie już zobojętniałe. Ok, zdjęcia wychodzą super! Po czym z Martensem przeprowadza ostrą rozmowę jeden z lekarzy bez granic, obwieszczając, że robienie takich zdjęć przez Kongijczyków jest niemoralne i zabrania dalszego fotografowania. A czym jest w takim razie robienie takich zdjęć i zarabianie na nich przez białych dziennikarzy z Nowego Jorku czy Paryża? A to co innego - odpowiada pan doktor – biały fotograf, przyjeżdża tu po informację. Czyli zdjęcie wykonanego przez czarnego nie niesie żadnych informacji, nie może być źródłem zarobku, mimo, że wygląda tak samo, jak zdjęcie białego, który zarobi na nich krocie i na dodatek może zyskać międzynarodowa sławę.

Marten „załatwia” także w swym filmie kwestię dokarmiania biednych Afrykanów przez przybyłych dziennikarzy – owszem, na zakończenie swej wędrówki częstuje zaprzyjaźnioną wygłodzoną rodzinę garnkiem warzyw z rybą i drugim garnkiem z mięsem. Rodzina wcina aż jej się uszy trzęsą, a wokół pełno gapiów, którzy przełykają śline. Niestety, choćby nie wiadomo jakie miękkie serce miał fotograf, może on nakarmić jednorazowo jedynie swych modeli, reszta Afryki i tak pozostanie głodna.

W tym okrutnym, brudnym filmie pojawia się jedno piękne, wręcz poetyckie, zdjęcie - jest wieczór, rzeka Kongo, a po niej płynie łódź z neonowym napisem „Enjoy Poverty” – klimat niczym z „Jądra ciemności” – nigdy nie będzie porozumienia między białym władcą i czarnym poddanym, a w tle piosenka J. Brela o wierze w miłość między ludźmi która przenosi przysłowiowe góry.

Moim zdaniem bardzo ciekawy film, a jego twórca to odważny prowokator. Ryzykując niezrozumienie, potępienie widza za próżność i narcyzm, czemu zresztą nie zaprzecza, przyznając się do tej jednej z podstawowych ludzkich cech, prowokuje do przemyśleń i oceny dobroczynności białych – najłatwiej jest bowiem biednemu rzucić pieniądze, pojechać i poeksperymentować na nim medycznie, i czerpać z tego samosatysfakcję, trudniej jest, albo jest to wręcz niebezpieczne dla białego, podzielić się z czarnym swoim mieszkaniem, stanowiskiem, własnością, wpływając tym samym na jego wyższą świadomość, którą wcześniej nadszarpnął przez lata kolonializmu.
Polecam ten film i radzę wytrzymać do końca. I nie uważać Martensa za idiotę!



skomentuj (2)

"Biała wstążka" - reż. M. Haneke 2009-12-09 12:45:06

Biała wstążka jako symbol utraconej cnoty. Zawiązywana na ramieniu niesfornego dziecka w protestanckich kręgach niemieckiej spolecznosci, żyjącej na początku XX wieku.  Swoiste piętno, nałożone na syna lub córkę przez własnych rodziców, mających przywilej bycia dorosłymi, których morale, w odróżnieniu od dzieci, nie jest nigdy wystawiane na widok publiczny. Ale jednocześnie, to tak wydawałoby się szlachetne dążenie, do osiągania niewinności, wkraczania na drogę na cnoty, nijak się ma, gdy dziecku błąd zostanie wytknięty przez obcego – wszak wszelkie brudy powinny być prane tylko przez domowników i we własnym domu. Tutaj, w tej niedużej niemieckiej wiosce, tuż przed wybuchem I wojny światowej, każdy dom jest zły. Każde domostwo, niczym twierdza, obce, szare i ponure, ma swoje niechlubne tajemnice, jest wylęgarnią kompleksów, fobii, lęków. Jest fabryką dzieci, skazanych na zatracenie swych indywidualnych cech, na emocjonalną śmierć. Surowe religijne wychowanie, wpajające maluczkim już od zarania ich istnienia, że są nikim, nie mającym prawa głosu, wiecznie obserwowanym i ocenianym bytem ludzkim, stworzonym na chwalę Pana, bytem, którego obrzydliwa cielesność jest jedną z wielkich przeszkód na drodze do zbawienia. Jednocześnie ci sami rodzice,  zimne (choć zapewniające o swej miłości do dzieci) maszyny do egzekwowania posłuszeństwa, wobec siebie i praw kościelnych, grzeszą ile wlezie, i to na oczach dzieci.

Michael Haneke, jeden z najwybitniejszych współczesnych reżyserów filmowych, ukazuje nam ową społeczność  oczami wiejskiego nauczyciela. Prawie tak samo niewinnego, jak dzieci, które uczy. Ten młody mężczyzna podejmuje tu swoją pierwszą pracę, tutaj odnajduje swoją pierwszą miłość, tutaj przekonuje się, jak ludzie są zakłamani, a dzieci, jeśli nie dać im miłości, wyrastają na prawdziwe bestie.

Tak naprawdę, dzieci to narzędzia do zaspokajania potrzeb, pragnień i marzeń  rodziców.  Okrucieństwo rodzi okrucieństwo. Reżyser, po raz kolejny,  próbuje przeprowadzić analizę narodzin zła. I tak, jak w innym filmie, tym razem szwedzkiego rezysera Mikael Håfströma,  pt. „ Zło” oraz w niektórych wcześniejszych filmach Haneke’go,  znowu wychodzi na to, że najlepsza jego wylęgarnią jest dom rodzinny.  Później dopiero, środowiska innych społeczności (szkoła, internat, praca),  związki erotyczne), w których przychodzi obracać się już dojrzałemu dziecku – tam, zło zasiane wcześniej pod dachem rodzinnego domu, znajduje glebę, gdzie może się bujnie rozwijać i zakwitać.  I tak to jakoś często wychodzi, że, o zgrozo, czym więcej fanatycznej religii i miłości do Boga na ustach,  tym mniej miłości do siebie nawzajem.  Miłość do rodziców zastępuje wymuszony szpicrutą  szacunek, co w praktyce  bardziej przekłada się na strach, niż na poważanie. Mlody człowiek wychowany od małego w permanentnym poczuciu winy i grzechu narażajacym go na gniew jego Boga, musi jakoś odreagować, musi wobec kogoś poczuć się lepszym i wyższym, bilans musi wyjść po prostu na zero. I tak koło przemocy nakręca się bezustannie i trwa.

 

Niecodzienny i specyficzny jest sposób realizacji „Białej wstążki”.  Film jest czarno-biały – dwa  kolory,  określeniem których posługują się  fundamentalni moraliści w bezwzględnym ocenianiu wszelkich przejawów dziełalności ludzkiej. Poza tym,  wszystkie twarze dzieci są do siebie podobne, czasem trudno je od siebie odróżnić  – nieruchome, bez uśmiechu, ascetyczne (prawda, jakie to dziwne, gdy w ten sposób wyrażamy się o dziecięcych obliczach?). Jedynym wesołkiem na wsi jest niedorozwinięty Karlik, nieślubny syn miejscowej akuszerki, no i jeszcze i syn barona, wielkiego właściciela ziemskiego, chlebodawcy tutejszych chłopów. Obaj chłopcy zapłacą za to słono. Na szczęście, syn barona,  ma mądrą matkę, która postanawia uciec z piekła, gdzie wszyscy po dniu wypełnionym pracą i wspólną modlitwą, zapracowując sobie mozolnie na zbawienie wieczne,  nocą rzucają się na siebie jak wilki. Doktor - wdowiec molestuje córkę, w rodzinie dworskiego zarządcy dzieci doprowadzają do ciężkiej choroby swego dopiero co narodzonego braciszka, pastor – przywiązuje na noc swego dorastającego syna do łóżka, by ten nie zabawiał się brzydko pod kołdrą.  Po nocach krzywd przychodzi dzień i czas na odwet – zemstę, na kimkolwiek, najlepiej na słabszym,  dobrze też, jeśli obiekt odreagowania wydaje się być szczęśliwy, satysfakcja z jego upodlenia jest jeszcze większa.

W filmie jesteśmy świadkami tajemniczych tragicznych wydarzeń (na przykład scena otwierająca film to poważny upadek wiejskiego doktor z konia, bo ktoś na jego drodze przewiązał prawie niewidoczną stalową linkę),  których sprawcy nigdy nie zostaną ujawnieni. Bo, łatwiej jest ojcu zawiązać białą wstążkę na ramieniu syna onanisty, trudniej przyznać się do permanentnych błędów wychowawczych, popełnianych w imię dobra dziecka i jego zbawienia, a prowadzących w konsekwencji do wynaturzeń i na drogę zbrodni. Wszystkie brudy zamiata się pod dywan, a nauczyciela- narratora filmu, chcącego wyjaśnić zbrodnie, zastrasza się, grożąc mu co najmniej wyeksmitowaniem z miejsca pracy i obdarowaniem na drogę wilczym biletem (wszak pastor to osoba wszechwładna, zastępca Boga).

I nie ma się co zastanawiać kto dokładnie kogo skrzywdził, to nie ważne, potencjalnie każdy z młodych bohaterów jest podejrzany, każdy ma powody do zemsty, tu  nie ma mowy o miłości i przebaczeniu, jest tylko chęć zrekompensowania doznanego poniżenia. Tak wychowane dzieci, to potencjał społeczeństwa nienawiści, spragnionego odwetu, skorego do bitki,  takim się nałatwiej manipuluje.

„Biała wstążka”, podobnie jak inne filmy Haneke'go,  nie epatuje krwią, przemocą itp. Reżyser bardziej skupia się na skutkach przemocy niż na jej wizerunku. Scena wymierzania kary rózgą ogranicza się jedynie do obrazu białych drzwi wiejskiego domu i odgłosów razów oraz cichego płaczu dziecka, i nie trwa długo. Dłużej trwa oczekiwanie na nią, kiedy kamera powoli najeżdża na drzwi i tak trwamy w strachu, niczym dzieci pastora przygotowane wcześniej do egzekucji.  A niektórzy widzowie,  być może, odmalowują w pamieci obrazy ze swego dzieciństwa.

Tak, film jest nadzwyczaj stonowany, wyciszony, nie ma żadnej muzycznej ścieżki dźwiękowej, dochodzą do nas tylko odgłosy codziennego życia, krzątaniny w zagrodach, domostwach. Chciałoby sie powiedzieć, film skrojony na modłę surowego stylu życia, jakie wtedy wiedziono. Dzieci są bardzo ułożone, grzeczne, całują matkę i ojca w rękę, żadnych widocznych objawów buntu. Jeśli się pojawia, to wobec pana barona, kiedy to syn jednego z chłopów niszczy pole kapusty w zemście za śmierć matki. Nie jest to jednak bunt dziecka wobec rodzica. Chociaż, jest jedna scena, ktora sygnalizuje rodzaj takiego buntu, ale też jest raczej zemsta na niewinnym stworzeniu, ukochanym ptaku ojca moralisty. Żadne dziecko nie przeciwstawić się rodzicom wprost, jedynym rodzajem buntu, który nie byłby wymierzony w niewinne stworzenie, jest śmierć samobójcza, czyli wymierzenie sprawiedliwości osobie obwinianej przez rodziców, czyli samemu sobie.  

Film bardzo gorzki, tajemnice ludzkich postępków do konca pozostaną ukryte, ale tak naprawdę widz dokładnie zdaje sobie sprawę z istnienia ich źródła, i czuje, że źródło to jest jest ciągle  żywe i niewyczerpane.



skomentuj (5)

Grizzly Man - reż. W. Herzog 2009-11-25 11:01:30

Jeśli do tej pory nie wiedziałeś, kto kryje się pod nazwiskiem Timothy Treadwell, to dzięki Wernerowi Herzogowi poznasz człowieka, który postanowił żyć i umrzeć inaczej. Polska Wikipedia lakonicznie informuje, iż TT: „ urodzil się w Nowym Jorku 29 kwietnia 1957 roku a zmarł 5 października 2003. 46 lat życia. W tym kilka miesięcy z ostatnich 13 lat nasz bohater spędził w surowym  klimacie Parku Narodowego Katmazi na Alasce.  Stał się sławny w całych Stanach Zjednoczonych, chętnie dzielił się swoimi odkryciami, udzielał wywiadów, robił też wykłady w wielu szkołach. Pod koniec trzynastego sezonu, w nocy z piątego na szóstego października, niedźwiedź grizzly podszedł do obozowiska Treadwella. On i jego dziewczyna, Amie Huguenard, zostali przez niego zabici i częściowo pożarci. Podczas ataku włączona była kamera Timothy'ego, która zarejestrowała dźwięki.Wraz z Jewel Palovak napisał książkę Among Grizzlies: Living with Wild Bears in Alaska. Razem z nią i Jonathanem Byrnem założył organizację Grizzly People.W 2005 roku Werner Herzog, wykorzystując obszerne fragmenty nagrań Timothy'ego, nakręcił film Grizzly Man.” Ot, i wszystko.

13 jesiennych sezonów w niedźwiedzim labiryncie zakończonych tragiczną śmiercią. Na szczęście, powstał wspomniany film Herzoga, wielkiego entuzjasty ludzi z pasją, kochających dziką przyrodę, który przybliża tę tragiczną, bądź co postać, pozwala go zroumieć, ale czy polubić, docenić, zafascynowac się (?).  Wątpię, wypowiedzi i zachowanie bohatera przed kamerą obnażają jego infantylizm, brak autentyzmu, niedojrzałość emocjonalną, skazanie się na życie w ułudzie, w przeświadczeniu, że świat drapieżników można obłaskawić i dostosować do swoich marzeń. Nie potrafił dostosować się do świata drapieżników w Nowym Jorku, spróbował w leśnej tajdze?  Również poniósł klęskę?

Timothy Treadwell postanowił na pewnym etapie życia zainteresować sie niedźwiedziami grizzly, uczynić z tego swoją pasję, poświęcić się jej... bezgranicznie? Może, chyba, ale raczej wątpię. Bardziej, wydaje mi się,  postanowił uczynić z tego sposób na życie, by wypełnić pustkę, w jakiej być może spostrzegł, że się znalazł, by uciec do bezludnej krainy i na nowo budować tam swoje marzenia i zamki z piasków.  Nie dowiadujemy się bowiem, skąd się nagle wzięła jego miłość do niedźwiedzi, facet nie potrafi o nich nic interesującego powiedzieć, jedyne co potrafi, to płakać nad ich losem, wzruszać się ich odchodami, wołać je po imieniu i biegać w zachwycie i sprawnie po ścieżkach (może stąd to przybrane nazwisko, bo prawdziwe brzmi inaczej), wydeptanych przez zwierzęta.
Na szczęście, Tim potrafił także filmować. I tej oto czynności, mam wrażenie, oddał się bezgranicznie. Co zaowocowało blisko 100 godzinami filmu z życia niedźwiedzi na tle pięknej dzikiej przyrody. Nie są to jednak zdjęcia jakoś dogłębnie analizujace zwyczaje tych zwierząt, które wymagałyby jakichś specjalnych przedsięwzięć czy poświeceń ze strony operatora. Ot, filmy odważnego człowieka, zauroczonego ogromem, surowością przyrody. Trzeba przyznać, odwagi mu nie brakowało, a może to była jakaś rozpaczliwa desperacja? Ale i pokorą również się nie wykazał.

Dokument Herzoga ma także tę zaletę, iż ukazując tak dziwaczną postać, jak Timothy Treadewell, stara się być w miarę obiektywny.  Nie ocenia tego człowieka, choć przytacza różne, czesto skrajne opinie przyjaciół, współpracowników i bliskich z rodziny oraz przyjaciół. Co ciekawe, mężczyźni na ogól wypowiadają się na jego temt sceptycznie i dość krytycznie, kobiety są zachwycone.  Film opatrzony jest także komentarzem reżysera, pełniącego jednocześnie rolę narratora, łączacego fragmenty filmów Treadwella, składających się w wiekszej części na filmową opowieść  Herzoga. Reżyser co rusz podkreśla zasługi Treadewella w zakresie sfilmowania pięknej dzikiej przyrody. Niestety, bardzo często, za często, na pierwszym planie tych filmów pojawia się jęczący albo płaczący nad losem niedźwiedzi /lub lisów/Timothy, z obwiązaną malowniczo głową kolorową bandaną., twarzowymi ciemnymi okularami na nosie i zastanawiący się od czasu do czasu, jaki kolor okrycia lepiej wyjdzie na zdjęciu. Ale w momencie przybycia na zamieszkane przez niego tereny ludzi fotografujących jakiś obiekt (on ich nazywa kłusownikami), ktorzy obrzucają zbliżającego sie do nich niedźwiedzia kamieniami, ich dzielny obrońca w ogóle nie reaguje, tylko bierze nogi za pas.

Przerażający brak pokory i świadomości swego miejsca, granic, ktorych w przyrodzie nie można przekraczać. Są obszary, gdzie rządzą zwierzęta, oczywiście za zgodą czlowieka, ale jednak. I tu należy się szacunek dla Timothy’ego, że nie korzystał z przywileju bycia cywilizowanym człowiekiem, nie miał broni.  A popularonośc jaką zdobył, dzięki rozlicznym programom, wywiadom w telewizji, służyła mu bardziej dla satysfakcji, zaspokojenia jakichś psychicznych potrzeb, niż do budowania dobrobytu.

Mimo wszystko, trudno mi było wykrzesać, dla tego bądź co bądź miło wyglądającego lecz naiwnego, mężczyzny choćby iskierkę podziwu, fascynacji. Wbudzał raczej zdziwienie,  zniecierpliwinie, litość. Nie chcę go oceniać na podstawie tego filmu. Mogę jedynie zrozumieć, że z jakichś powodów, postanowił porzucać na parę miesięcy w roku cywilizację, by później do niej wrócić i robić za gwiazdę w mediach czy gdzieś tam. Jak sam mówił, nie potrafił utrzymać przy sobie dziewczyny, żałował, że nie jest gejem (bo oni, jak twierdził nie mają potrzeby miłości, co komplikuje życie), opuścił dom rodzinny, wyrzekł się swego nazwiska, pochodzenia.  Może miał jakieś zaburzenia emocjonalne, osobowości, czort wie jeszcze czego, czuł się niedoceniony, odrzucony, ale dlaczego akurat musiał szukać przyjaciół wśród jednych z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na ziemi? Niechby sobie nawet i szukał, jeśli to mu dawało szczęście, czy potrzebną do funkcjonowania ekscytację, ale po co zwał się obrońcą tych zwierząt, jeśli one tak naprawdę nie były na tych bezludnych terenach aż tak zagrożone? Z filmu wynika, że nie był ani obrońcą ani badaczem, może co najwyżej entuzjastą, nie był nawet samotnikiem, raczej zagubionym samotnym człowiekiem, poszukującym rozpaczliwie pasji, nadającej sens życiu. Tragiczna postać.

Żal, że czasy prawdziwych podróżników, badaczy dzikich ostępów przyrody już dawno minęły. Glob ziemski został zjechany wzdłuż i wszerz.  Teraz świat objeżdżają jedynie ludzie mediów, przykladający się bardziej do swego wizerunku, niż do wizerunku obiektów, które wzięli na tapetę (dosłownie, tapetę - tło ich wasnej prezentacj) masowych produkcji telewizyjnych.

 



skomentuj (5)

"Juno" - reż. Jason Reitman 2009-11-06 12:16:30

Do sklepu spożywczego wpada zdenerwowana dziewczynka, no, żeby nie było wątpliwości – nastolatka, o imieniu Juno, prosząc sprzedawcę o test ciążowy. "To już dziś trzeci!" – woła zaniepokojony mężczyzna. „Muszę mieć 100% pewność” – odpowiada małolata, po czym, przy aplauzie zgromadzonych klientów, udaje się do toalety. Po kilku minutach wychodzi zdruzgotana i obwieszcza wszem i wobec – „jestem w ciąży”. I tu się zaczyna. Dramat? Skądże. Po prostu – problem, ktory trzeba rozwiązać. Na szczęście Juno, której paradoksalnie, imienną patronką jest,  zapewne, rzymska bogini Junona, opiekunka kobiet, macierzyństwa i ich seksualności, ma bardzo wyrozumiałych i liberalnych rodziców. A dokładniej – ojca i macochę -  jej rodzona matka odeszła do innego mężczyzny, gdy Juno była  malutka ( być może stąd w niej tyle sarkazmu i zdroworozsądkowego myślenia).  Rodzice nie rzucają mięsem, nie wyganiają jej z domu, jednym slowem, nie histeryzują, oznajmiają tylko, nie bez poczucia humoru, że jednak woleliby inny rodzaj nieszczęścia, ot żeby choć kogoś potrąciła samochodem, albo niechby wylali ją ze szkoły. Ale, cóż, sami nie mają zamiaru zostać dziadkami, uważają, że Juno jest zecydowanie za młoda, trzeba więc, w tej sytuacji, przedsięwziąć jakieś stosowne kroki. Na szczęście aborcja nie jest brana pod uwagę, choć Juno wcześniej miała i taki zamiar, w tajemnicy przed rodzicami. Poszła nawet do odpowiedniego miejsca (nazwanego bodaj, "Women now"), ale po drodze dowiedziała się od koleżanki, że jej dziecko ma już paznokcie, a poza tym w poczekalni, nazwijmy to „kliniki”, było brudno i były nieświeże gazety – postanowiła więc wziąc nogi za pas i pójść po radę do "starych".

Wspólnie uchwalono, że dziecko trzeba oddać do adopcji.  I bardzo dobrze, odetchnęli wszyscy z ulgą, zarówno przed ekranem, jak i na nim. To trafna decyzja. Jeśli Juno nie czuje się na siłach, by być matką, ani jej rodzice, by ją do tego nakłonić i wspomóc, dlaczego by nie miała uszczęśliwić kobiety, ktora czuje się powołana  do macierzyństwa, a nie może mieć dzieci. Zaczynają się poszukiwania ogłoszeń i co za tym idzie, odpowiednich rodziców. Poszukiwania nie trwają dlugo. Anonsów chętnych do przysposobienia dziecka w swej rodzinie, jest mnóstwo.  I tu po raz pierwszy pojawia się  wyraźna, czytelna, nie stłumiona humorem,  krytyka współczesnego wyzwolonego społeczeństwa. Adopcja? To takie proste!  Jak wymiana zlewu czy zakup sadzonek do ogródka (a przecież chodzi o decyzję  (czyjegoś) życia i na całe życie) – właśnie wśród takich banałów Juno napotyka ogłoszenie pewnego małżeństwa, ktorego treść oraz  fotografia chętnych na jej dziecko, wzbudza u niej zaufanie.  Wraz z ojcem udaje się na spotkanie z Markiem i Vanessą Loring.

I od tego momentu wchodzimy jakby w druga warstwę filmu, w drugi bieg wydarzeń, w których na pierwszy plan wysuwa się życie owego bezdzietnego małżeństwa i ich wpływ na tożsamość, poglądy Juno.  Juno, zaprzyjaźnia się z potencjalnym adopcyjnym ojciem jej dziecka – łączą ich wspólne zainteresowania (muzyka, filmy), on imponuje tej małej  swoim zawodem – jest muzykiem i kompozytorem, ona jemu – poczuciem wolności i odwagą . Spotkanie Juno z tym małżeństwem będzie miało brzemienne skutki dla wszystkich, i nie chodzi tu tylko o ciążę i dziecko.  To dzięki rozmowom z Markiem i decyzjom jakie wkutek nich on podejmie względem swego życia,  Juno zada ojcu pytanie : "Czy możliwe jest być z kimś, w sensie kobieta z mężczyzną, na zawsze?" Ojciec na to – "Jesli znajdziesz kogoś kto pokocha cię taką, jaka jesteś, ładną i brzydką, głupią i mądrą, smutną i wesołą, jednym slowem z wszystkimi twoimi zaletami, ale przede wszystkim z wadami, wtedy jest na to szansa". I to też, mam wrażenie jest jednym z przesłań tego filmu – pozwólmy ludziom żyć wg swoich wartości, pozwólmy im być sobą, niech idą dokładnie swoimi własnymi drogami, a nie drogami, które wyznacza im "przykładne", zadufane w swojej nieomylności, społeczeństwo. I nie oceniajmy ludzi pochopnie wg swojego widzimisię.

Koniec końców -  niechciany stan błogosławiony Juno, okazał się, jak na ironię, prawdziwym błogosławieństwem przede wszystkim dla ... małżeństwa Marka i Vanessy Loringów, którzy, choć oddzielnie,  będą od teraz kroczyli każdy swoją, właściwą, ścieżką życia;  dla Ojca i macochy Juno – których związek jeszcze bardziej się scementował, a dla samej Juno i Pauliego?  No cóż, Juno przekonała się jak cudowną ma rodzinę i, że prawdopodobnie znalazła miłość swego życia, którą gdyby nie ciąża, mogłaby normalnie przegapić. Może trochę szkoda, że nad ich związkiem, być może, będzie ciążył błąd beztroskiej, a raczej bezmyślnej, młodości. Oby, po czasie, Juno nigdy nie znalazła się w sytuacji, pragnącej bezgranicznie dziecka, Vanessy.  Oby, im sie udało, być ze sobą jak najdłużej, może nawet do końca życia, o czym tak marzy, by nigdy nie porzuciła Pauliego i ewentualnie ich dzieciaka, jak sama została porzucona.  Takie są nasze życzenia, bo przecież polubiliśmy Juno, tę rezolutną 16-tkę z amerykańskiego przedmieścia, może trochę nieodpowiedzialną, ale na pewno mającą dobre i wrażliwe serduszko, i oby takie zachowała do końca swych dni. 

Film kończy sie totalnym happy- endem. Wszyscy wydają się być szczęśliwi, na czele ze świeżo powitym niemowlakiem, ktoremu prawdopodobnie ptasiego mleczka nie zabraknie pod skrzydłami przybranej mamy. Od tej chwili,  każdy będzie się beztrosko oddawal swemu ulubionemu zajęciu – tata będzie instalował klimatyzacje, macocha  zacznie hodować swoje ulubione pieski, Mark Loring – utworzy rockową kapelę, Vanessa będzie hodować swego świeżonabytego malucha,  a Juno i jej chłopak będą nadal uczęszczać na lekcje, a w wolnych chwilach śpiewać sobie ładne piosenki, takie jaką uslyszeliśmy na koniec filmu.

No właśnie, czy to nie jest zastanawiające, jak wszyscy łatwo i z radością przeszliśmy nad tak poważnymi sprawami jak seks, a co za tym idzie - macierzyństwo, ojcostwo... do porządku dziennego.  A! Ojcostwo! O ojcostwie w ogóle się tu nie wspomina. Bleeker nie ma tu nic do gadania, potraktowany jest przez wszystkich jak kompletny dzieciak, stosownie zresztą do stanu jego psychiki.

Mimo wszystko, mimo pozornego happyendu, pogodnej finałowej pioseneczki – ja wyczuwam tu drugie dno, czyli zadumę - gdzieś tu się wszyscy w tym dzisiejszym świecie pogubiliśmy. Nasze dzieci, przedwcześnie „aktywne seksualnie” (jakże często te słowa pojawiają się w filmie), są przecież, mimo dojrzałości fizycznej i ochoczego podejmowania współżycia dla tzw,. sportu, kompletnie nieodpowiedzialne społecznie i niedojrzałe psychicznie, by się temu oddawać i ponosić tego konsekwencje. Wyedukowani seksualnie (internet, media, szkoła – ale nie w Polsce), mający na tacy wszystko czego dusza w tym względzie zapragnie (szeroki asortyment  prezerwatyw, filmy, i nie tylko,  porno, literaratura fachowa), nie zawsze pamiętają, że seks to nie wszystko i nie koniecznie musi konczyć się przyjemnie, tak jak na filmie.

I przesłanie do rodziców - owszem, wszystko super, jesteśmy liberalni i fajowi, prawie kumple naszych dzieci, ale w tym rozbiegu ku nim, zapomnieliśmy chyba o kontroli naszych milusińskich.  Powinniśmy bardziej śledzić i mieć na uwadze ich rozwój psychofizyczyny, bo oni mimo swej powszechnej internetowej mądrości, są jednak ciągle dziećmi, nie przygotowanymi na niespodzianki dorosłości, którą wydaje im się, że osiągnęli, dzięki gotowości do miłości, głównie fizycznej.

Bo „JUNO”,  jak się tak dobrze przypatrzeć,  to nie tylko komedia, to także delikatnie podana, lecz dość krytyczna satyra, na współczesne społeczeństwo, gdzie narodziny dziecka utraciły dawne i należne znamiona cudu, a stały się tylko kolejnym etapem życia, który trzeba przekroczyć, albo zaliczyć. To samo dotyczy seksu - inicjacji seksualnej.  Jeszcze niedawno, było to  wiekopomne
wydarzenie w życiu mlodego czlowieka (ileż to par nie wytrzymało próby czekania na ten pierwszy raz).  Teraz pierwszy stosunek konsumuje się jak bułkę z masłem, byle jak, byle gdzie, byle mieć to z głowy, nie wypada przecież, mając 16 lat być dziewicą czy prawiczkiem. Jakiś horror! A jak się zdarzy „coś”, czyli dzieciak, po drodze - w czym problem? Mamy do tego odpowiednie instytucje, ktore to, tak czy inaczej, za nas załatwią. I bardzo dobrze, że mamy, ale czy to uczy odpowiedzialności? Wszyscy zrzucają ciężar ze swoich barków (dzieci, ich wychowawcy - rodzice). Czy dzięki temu, małolaty będą bardziej doceniać, ważyć to, co w życiu najistotniejsze? Chyba za bardzo wychowanie dzieci puszczone jest na wolną wodę - macocha stwierdza ze zdziwieniem mówiąc do 16-letniej Juno "nie wiedziałam, że już jesteś aktywna seksualnie". Obce dziewczyny opowiadają sobie bez skrępowania o smakach kondomów, jakie  zakladają swym chłopakom na genitalia. Wszystko się pomieszało, zbyt beztrosko i nieodpowiedzialnie, podchodzimy do spraw największej wagi - do seksu, a w konsekwencji do narodzin. I o tym też, wydaje mi się, jest ten, nieco przewrotny, film. Z pozoru lekki, ale po głębszym zastanowieniu, mający jednak swój spory ciężar gatunkowy.



Mała techniczna uwaga: pogrubienie, jesli ktoś tak ma, czcionki w tekście, jest tu przypadkowe. Nie oznacza żadnych autorskich podkreśleń. Nie umiem tego zlikwidować. buuu :( :(

 

 

 


 



skomentuj (12)

"The Woodsman" (Zły dotyk) - reż. Nicole Kassell 2009-10-30 21:14:53

Historia, na pozór, jakich wiele. Walter, tak mu na imię, po 12 latach odsiadki, wychodzi z więzienia. Postanawia żyć na nowy rachunek, ludzie mu w tym przeszkadzają, tylko miłość może go uratować. Jednak sprawa Waltera jest o tyle bardziej skomplikowana, że jest pedofilem, a takim wszyscy się brzydzą, nawet ci, którzy w zaciszu domowym sadzają swoje córki na kolana, mimo, że one tego bardzo (i podejrzanie) nie lubią.

Były więzień musi stawiać czoła nie tylko nienawiści otaczających go ludzi, ale przede wszystkim nienawiści i wstrętu do samego siebie, do swego popędu seksualnego, sile nad którą najtrudniej mu zapanować, która nawet zduszona, upchnięta gdzieś w najgłębszych zakamarkach mózgu, czeka tylko na sposobny moment, by dać o sobie znać.

Kevin Bacon w tej trudnej roli sprawił się znakomicie. Jego zadaniem było pokazanie, że pedofil pedofilowi nierówny. Wśród potworów o nieodwracalnie przetrąconej psychice, zdarzają się też ludzie, owszem, wyrządzający wielkie zło, ale świadomi tego chcący z tym skończyć.
Twarz Bacona przez cały film jest niesamowicie spięta, nieruchoma, jego czujny wzrok wyraża zarówno strach przed bliźnimi, jak i samym sobą. Jest tylko jeden moment, gdy się rozjaśnia, łagodnieje i Bacon–Walter ładnieje - rozmowa z dziewczynką w parku ("woodsman" - lubi miejsca zadrzewione). Kevin B. świetnie panuje nad mimiką, oczami, przekazuje nimi wszystkie emocje, od najbardziej oczywistych, po najmniejsze niuanse. Dramat opowieści oparty jest w głównej mierze na osobie, ciele tego aktora.

Atmosfera jest napięta, ale nie do przesady. Film jest bardzo stonowany, nie epatuje nadmiernie ani przemocą, ani jakimiś drastycznymi scenami. Subtelnie dotyka najbardziej wstydliwych wątków życiorysu głównego bohatera. A jego czyny są bardziej zasugerowane, niż pokazane. Akcja dramatu rozgrywa się głównie w głowie i odbija się na twarzy Waltera czyli Kevina B. Dzieki temu, „Woodsmana” mogą oglądać także ludzie o słabszych nerwach, ale emaptyczni, otwarci na każdego człowieka, chcący chociaż w minimalnym stopniu poznać mechanizmy kierujące jego postepowaniem.
Bardzo ciekawa jest tu postać Vickie (grana przez żonę Bacona – Kyrę Sedgwick), kobiety skrzywdzonej w młodości w sposób, jaki krzywdził Walter, która, co ciekawe, jako jedyna, oprócz jego szwagra, nie odwraca się od niego i postanawia mu pomóc.

Jednym słowem - „The Woodsman” – wart jest obejrzenia, z wielu względów. Bardzo bolesna i ciągle aktualna tematyka, od której nie można uciekać wzdrygając tylko ramionami i wykrzykując – 'wykastrować", 'zabić" itp. A poza tym, jak nam sygnalizują autorzy filmu, kto wie, czy ten który krzyczy najgłośniej, tzw. "szanowany obywatel", sam nie ociera się o pedofilię w zaciszu swego słodkiego wypielęgnowanego domku, gdzie nikt nie słyszy i nie widzi, tylko dziecko czasem zapłacze, gdy tatuś zaprasza do wizyty na swoich kolanach. Świetna scena – kluczowa, w filmie –wspomniana już rozmowa Waltera z dziewczynką w parku.

No i warto spojrzeć, jak sprawę zwolnionych z więzienia pedofili rozwiązuje się w USA. Wychodzą z odpowiednimi zakazami, wpisami do akt, które zabraniają im pracy w przeróżnych placówkach oświatowych, zbliżania się na określoną odleglość do miejsc, gdzie przebywają dzieci itp. Chodzą regularnie na psychoterapie. A co najważniejsze, każdy z nich ma indywidualnie przydzielonego policyjnego „anioła stróża”, który go obserwuje, składa mu regularne wizyty w domu, słucha jego tłumaczeñ z takich czy innych uczynków.
U nas, niestety, od lat, wiele się na ten temat mówi, od czasu do czasu podnosi się większy raban, a nie zrobiono do tej pory nawet rejestru skazanych za pedofilię. A tych, którzy wychodzą na wolność zostawia się bez pomocy, samym sobie. Czyli każdy pedofil po odbyciu kary może sobie spokojnie dalej robić swoje, zatrudniając się w przedszkolu czy szkole.



skomentuj (0)

Księga Gości
baba-o-filmach
* piszę także tutaj:

Inspirowane filmem
* PIękność w opałach
* Szczęście - B. Slama
* Himalaya. Dzieciństwo wodza - reż. E. Valli
* Ewangelia wg św. Mateusza - P.P. Pasolini
* Wieczór - reż. L. Koltai
* Antychryst - Lars Von Trier
* Wygnanie
* Jeden odchodzi, drugi zostaje
* 4 noce z Anną
* Buty nieboszczyka
* Luksus - krótki metraż
* Rozmowy nocą
* Takiego pięknego syna urodziłam - M.Koszałka
* Chopper - Andrew Dominik
* Upały - U.Seidl
* Nic - D. Kędzierzawskiej
* Śmierć człowieka pracy
* Ładunek 200
* To nie jest kraj dla starych ludzi
* Mistrz i Doda
* Fool for Love
* 5 x 2
* Pusty dom
* Tsotsi
* Jak to się robi
* Pułapka
* Funny Games
* Zerwany
* Pytając o miłość
* W dół kolorowym wzgórzem
* Żurek
* 9. kompania
* This Is England
* Domy Schindlera
* Człowiek z Londynu
* Czasy i wichry
* Kiedy wiatr uniesie piasek
* Potosi. Czas podróży
* Do Ciebie, człowieku
* Mroczna Argentyna
* Madeinusa
* Fast Food Nation
* Jasminum
* przelotnie o Krzysztofie Pieczyńskim
* Cesarzowa
* coś o Krystynie Jandzie
* Babel
* The World’s Fastest Indian
* Lot 93
* Dowód
* Odważny Johnny
* Respiro
* Terroryzm w Malarni
* Moja Droga Wendy
* Kawa i papierosy - ach, jak przyjemnie!
* Przystań (!)
* T. Capote + P.S.Hoffman = Oskar
* Amator
* Smutek "Brokeback Mountain"
* "Weiser" - piękno tajemnicy
* Ja, Rysiek Riedel i film
* Rosyjski "Kochanek"
* Był sobie film...
* Daleko od nieba
* Moje wielkie greckie wesele
* Czy to się wydarzyło w Madison County?
* Polowanie na króliki
* Przekleństwa niewinności
* Znasz Charlesa Bukowskiego?
* Takie tam zrodzone z wędrówki po "Bezdrożach"
* Gra Ripley'a
* Pod osłoną nieba
* Prawo pożądania - każdy je ma
* Ukryte pragnienia - każdy je ma
* Jestem jak John Malkovich
* Hiroszima, moja miłość
* Ja i Debra Winger
* Czy kocham jeszcze Krystynę Jandę?
* Ach, ta Kuba!
* I znowu ten Almodovar!
* Porozmawiaj z nią

Wspomnienia z Toskanii
* Jeszcze chwila z podróży....
* Elba
* San Gimignano
* Jeśli Siena, to:
* Palio!
* Contrady w Sienie - życie we wspólnocie
* SIENA, SIENA - ciągle zachwyca
* Jeszcze ciągle jestem w Sienie
* Dzień drugi - Siena
* Toskania - blaski i cienie wycieczki
* ... i Lukka
* Dzień pierwszy - Piza

Odwiedzam
* arkadija
* ekran pod okiem
* tahoma w kinie
* Mnich w kinie
* razdwa kapeluszzglowy
* Bez popcornu
* Czarny Kot w kinie
* kram(er) z filmami i ich muzyką
* Nemo baja. Czasem uff!, jak baja!
* choryinaczej
* fantastyczna seshat przy stole
* Kobieta Nad Wodospadem